Monday, 4 August 2014

Day Two/Dzień Drugi


Day Two/ Km 0/ New Delhi

The post is as messy as New Delhi.
I woke up in the morning and it was still hot, boiling, steamy- I believe I need to get used to that.
It is messy! My fellow colleagues-urban planner- never designed sidewalks? Or they have been taken by Indian people? I am lost, really lost in this country, everything works differently, the cars goes on the opposite direction, I couldn't buy favourite mango juice- it looked to dirty, they are speaking funny english, they count in hundreds-one hundred already sounds expensive, doesn't it? - distances are massive and , you walk and walk and walk... On the other hand it is everything I was expecting: cultural shock, unknown, strange, hard to understand, funny... I am trying to get a phone number (awaiting the telephone to my hostel to prove I don't know what), train tickets (for this I need a phone number), my card to work... I am afraid to eat on the streets (it looks much more dirty than in Mexico or I am a pussy). It is cheap.

I visited great but not-mindblowing Humayun's Tomb, I pass by the only official Delhi tourist information and they told me that there is not much to see in Delhi, that this three days I planned is way too much. They normally say it is not enough...

I took my first tuk-tuk, and as I was imaging you have to bargain a lot, cut the price at least in half. Tuk-tuks are the small motorbike with seats for three people, they go faster than you expect, can slip in the traffic, they are cheap...

Someone told me to buy Indian clothes to merge with the crowd, of course it is impossible... I am too tall- once again - too white, my hair is too blond, I walk too strange, I have a red backpack, and I use map... Maybe I am less visible here than in Guatemala, but still I am flashing around.
And nodding is different, in Europe we nod for left to right to say no, and up and down to say yes, here the nod left-down, right-down to say yes. It was confusing at the very beginning because  I thought  they are not answering me-just moving their head...


Now I'll try to put everything in any order :)


and follow me on instagram 


http://instagram.com/adi_ponton





Dzień Drugi/Km 0/Delhi


Chciałbym pisać jak Herbert w Podróżach z Barbarzyńcą, trafnie odnajdywać przymiotniki, szukać dziejących się czasowników i mistrzowsko żonglować rzeczownikami... Panu od Cogito nisko chylę czoło, aż spada kapelusz.

Na początku był chaos i w Indiach na chaosie się skończyło. Wszystko jest nie tak jak powinno, nie ma chodników, samochody, riksze, autobusy wybrały brytyjski kierunek poruszania się po drodze, jakoś inaczej kiwa się głową na tak i na nie, podobno mówi się tutaj po angielsku, ale nawet Vicky Pollard (z Little Britain) mówi wyraźniej, biurokracja osiągnęła tu chyba najwyższy stopień rozwoju, dzięki czemu moje członkostwo w Polsko-Indyjskiej Fundacji na rzecz Architektury i Archeologii przyniosło już pierwsze plony.  

Próbuję otrzymać numer telefonu (ale to procedura przynajmniej dwu dniowa), kupić bilet na pociąg (tu potrzebuję numeru telefonu), odczarować niedziałającą kartę, znieść skwar i ukrop lejący się z nieba, ogarnąć metro, tuk-tuki, dziwny nieangielski i pikantne jedzenie, chyba na jakiś czas zostanę wegetarianinem.

Opowiem jeszcze o tuk-tukach, bo to kuriozum, które zasłużyło sobie już dawno na uwagę. Trójkołowa konstrukcja oparta na motorze zaskakuje sprawnością, szybkością i ceną, kierowcy, najczęściej bosi, nonszelancko prowadzą swoje maszyny używając prawej ręki, trzymając jedną nogę zaraz obok kierownicy. Motomaszyny są żółtozielone i mogą pomieścić przynajmniej trzech otyłych pasażerów lub jednego białasa z wielkim plecakiem. Kierowcy zapraszają nas do aktywnego udziału w negocjacjach cenowych, nietargowanie jest nie tyle głupotą co obrazą dla motorniczego. Taki tuk-tuk wciśnie się przez najmniejsze ucho igielne, wymija jak Kubica a zakręty zbiera jak Hołowczyc w Dakarze.

Mam nadzieję, że niebawem podam instrukcje jak i co jeść, pociągowe- bo to zanosi się na długi i trudny temat potem o wszystkim innym czego nie rozumiem, a zrozumiałem, bo jak pisała Maria Janion- jak czegoś nierozumiem, piszę książkę, a potem jest już wszystko jasne. 

Zapraszam do czytania jutro, idę do Czerwonego Fortu i kilku muzeów.


Nie napisałem, że dziś byłem w Zespole Grobowców Humayun i w świątyni naprzeciwko. Chyba zrobiło to na mnie mniejsze wrażenie niż samo miasto i wszystko dookoła.


szukajcie mnie na instagramie : http://instagram.com/adi_ponton






Day One/Dzień Pierwszy

Day 001/Km 0/ Delhi
There are still too many to be told... I left my soul in Mexico, but now I am heading new adventure: Asia! I've been to Israel for a few months, to Turkey a few times, but now it is time to plunge in Asia. I am staring in India! The country I have always dreamt to go. Is it Incredible India? I hope.

I arrived to steamy and hot Delhi on Sunday night, Lufthansa as always arrives on time, not even a minute later, I took the recommended Meru Taxi, bit expensive, but in the times of modern liquidity we all think about safety as a priority. The taxi driver of course got lost, I was going to guide him, as you do in Mexico, but he got kind of offended so I let him go his way. When I got to the hotel they got a blackout. Great-I though- I am going to dark house in the middle of unknown megacity. Am I really that silly? Of course the AC was off (it was like 32 ºC), my credit card due to it modernity was not working, apparently only magnetic strip card are working in India, and it was hot, I was melting down. Fortunately in the middle of the night the electricity got back, it got chillier and I could finally rest.

Dzień Pierwszy/Km 0/Delhi

Meksykańskie historie muszą poczekać na swoją kolej, kiedyś do nich jeszcze wrócę. Teraz witaj przygodo: jadę do Azji. Kolejna wycieczka ma potrwać prawie pięć miesięcy zaczynam w Indiach a potem Nepal, Sri Lanka, Tajlandia... Byłem już wcześniej w Azji, ale Turcja czy Izrael tak naprawdę leżą na granicy dwóch cywilizacji wschodniej i zachodniej, więc nie można na nich bazować swojej wiedzy o tym kontynencie. Do grudnia będę zgłębiać kulturę, tradycję, przesądy Azjatów, starał się zmienić stereotypy, nauczyć rozróżniać się Wietnamczyka od Laosanina, jeść dużo ryżu najpierw prawą ręką a potem już pałeczkami, ćwiczyć jogę i pewnie wiele więcej, a wszystko wyjdzie w praniu.

Do Delhi przyleciałem z Lufthansą i jak zwykle punktualnie i niezawodnie, podobno prawie tak jak przedwojenne pociągi. Już na lotnisku okazało się, że WBK wydaje karty dolarowe, które niekoniecznie działają zagranicą i chyba przeliczają wszystko na złotówki (rupie-dolary-złotówki-dolary), ale to chyba nie może być prawda?! A potem już było tylko gorąco i parno, parno i gorąco. Przepłaciłem za poleconą wcześniej Meru Taxi, ale czego nie robi się dla bezpieczeństwa w czasach płynnej nowoczesności (?) i dotarłem klucząc gdzieś po ciemnych ulicach Delhi do Moustage Hostel. Po drodze napotkaliśmy na ogromny ruch, setki obładowanych po dachy ciężarówek przemierzało zatłoczoną obwodnicę miasta. Czemu?  Nie zdziwiło mnie, że nie było prądu, nie tyle co w moim hostelu co w całej okolicy. Do północy topiłem się w moim hotelowym łóżku przy trzydziestu stopniach. Na szczęście prąd wrócił, głośny kilmatyzator zawył i odrazu zrobiło się chłodniej. Nowy dzień nie przyniósł wiele niespodzianek. 

Monday, 12 May 2014

Playas de México PartII/Część II Oaxaca


way to the beach


Far away from the hubbub of big cities, under shadow of palm trees, between restless Pacific and cool peaks of Sierra Madre del Sur lie Playas de Oaxaca. Great for pampering, meeting people, partying until sunrise and surfing.
One says paradise.


No doubts that Puerto Escondido is Mecca of european surfers. They all flock to enjoy amazing morning waves and even better one night stands:) This is the place to do your first slides on a board with the best surf teachers. If you are coming from Mexico City try to take a bus through Acapulco, it takes four hour less than other.


Punta Zicatela is probably the most relaxed place in Mexico...I fell if I was in Steinbeck's Tortilla Flat. Everyone was so chilled, the life was about waking up, lying in a hammock while drinking beer or smoking pot, listening to waves of the ocean.
I remember meeting there a guy from San Francisco, who was to travel along the Americas for a year. When I met him he was in Zicatela about eight months, working as a gardener (of seventeen palm trees), he already learnt how to play a guitar and to surf. You might get very jealous of his life.
It is a perfect run away spot. You might stay there for longer than expected.


Do you remember glowing plants from Avatar movie? The reality is not that far from the fiction, at least at Laguna Chacahua, where fluorescent plankton glows just after sunset.  If you are lucky and pay a lot they take you for a night boat trip to the coastal waters, if not without any problems local capitan can take you to the dark water of salt water laguna.
I was very sceptic about this place, but once we reach the first spot and I splash some water it started to glow! We asked our capitan if we can jump into the water, he agrees as long as we won't swim for more than five minutes and close to the boat...there were some crocodiles around. Once we got in the water our bodies started to glow! I couldn't believe it... We stayed there until the moon rose and got back to the party beach. This place is a must.


Mazunte is the hippest mexican beach-town. To far away from cities, airport attracts  long-stayers. Once you get there you can't miss breathtaking sunset at Punta Cometa, morning pampering in natural jacuzzi formed by limestone rocks, all night beach parties with local hippies and life music, home made mezcal and the best argentinian bread and rolls. Hurry up, they are about to finish a new highway from Oaxaca City, who knows what's gonna happen.


El Zipolite lies a few minutes south from Mazunte, you just need to pass San Agustinillo Bay. If you want to put a label to every beach this is a nudist and LGBT beach, rainbow flags are waving all over the place and behind rocky end of the beach naked guy and girls enjoy the sun:) Apparently the hippie community organizes here a market with artesanal works, antiglobalist movies and books and a few bars. Good place to hedonistic holidays.

You might know Bahias de Huatulco from Almodovar movie Y Tu Mamá También, crystal clean waters, spotless and virgin beaches, a bonfire on the beach and romantic story. The charm is gone. Since the government decided to invest in the infrastructure and built a motorway and asphalt wide roads that lead to the coast, beaches are crowded, dirty and noisy. You might try to look for unspoiled waters at Huatulco National Park, they might be urbanized very soon! I read that they are planning an expansion of the airport...

Jacuzzi. Mazunte.

Trochę na uboczu, zazwyczaj spokojne, jedynie towarzyszą Pacyfikowi. Czasami, szczególnie w świąteczne wiosenne dni, napełniają się młodzieżą z miasta. Parną nocą goszczą całonocne pląsy i hulanki, romanse pod czarnym, rozgwieżdżonym niebem i mgliste wschody słońca. Chronione przez Sierra Madre del Sur nie dały się wziąć w ramiona korporacji, globalizacji, komercji i innych niewłaściwych.


Puerto Escondido to największe miasto na plażach Oaxaca'i, dobrze znane wśród europejskich surferów, którzy tłumnie przybywają na plaże, żeby złapać poranne fale a nocami szukać uciechy w ramionach pięknych i opalonych  dziewcząt. To miejsce, że stawiać swoje pierwsze kroki na desce wśród najlepszych.
Mieszka tam na stałe jeden polski surfer i prowadzi szkołę Surf-Mex! A co!


Punta Zicatela brzmi dla mnie rytmicznymi bębnami reagge, pachnie trawą i zaprasza do setek hamaków rozwieszonych w cieniu palm kokosowych. Panujący tam spokój pozwala zapomnieć o trwogach i troskach, które zostawiliśmy przynajmniej kilkaset kilometrów stąd, każe cieszyć się chwilą i skłania do refleksji. Bez wątpienia jest dobrym lekarstwem na wszelkie bolączki duszy.


Pamiętacie świecące rośliny z filmu Avatar, prawie istnieją. W Lagunie Chacahua jak i na otwartym morzu kilka mil morskich od brzegu występuje świecący plankton. Sam jadąc tam byłem dość sceptyczny. Jednak zaraz po zachodzie słońca, a przed wschodem księżyca, ruszliśmy małą łódką nad zatokę. Najpierw dało widzieć się poświatę z pluskającej za silnkiem wody. Zwolniliśmy i nasz siedemnastoletni  „kapitan” powiedział, że możemy śmiało spróbować. Za każdym plusknięciem i chlapnięciem woda zaczynała świecić punktowo, tak jakby były tam jakieś wodne świetliki. Zapytaliśmy go czy możemy wskoczyć do wody. Z kamienną miną się zgodził, ale powiedział, że tylko na chwilę, bo niedaleko są krokodyle... Każdy ruch w wodzie powodował, że woda dookoła nas świeciła, tak jabyśmy spowici byli w jakąś poświatą...
Polecam, bardzo polecam. Wrócę tam jeszcze kiedyś!


Mazunte jest hedonistycznym snem. Można tu wygodnie odpocząć na kilku bezludnych plażach, na kipiące romantycznością zachody słońca na Punta Cometa trzeba zaprosić drugą połówkę, a wcześniej wybrać się do naturalnego jacuzzi, które pozwala na spokojną i relaksującą kąpiel w zawsze wzburzonym Pacyfiku. Świetne wegetariańskie jedzenie pozwoli nam utrzymać linię na wszystkie dni plażowania a koncerty na plaży porwią nawet największego nudziarza. Polecam i jeszcze raz polecam. Trzeba jechać szybko, bo budują autostradę ze stolicy...


El Zipolite, leży tuż obok Mazunte, musimy tylko minąć plażę San Agustinillo (mimo, że była po drodze, nie udało mi się tam zatrzymać, odstraszył mnie tłum w oddali, mówią jednak, że zazwyczaj to bardzo spokojne miejsce). Plaża Zipolite przypomina nieco Punta Zicatela i często są mylone. Bardzo długa piaszczysta plaża kończy się mniejszą plażą ukrytą za kilkoma potężnymi skałami, i właśnie to miejsce upodobali sobie nudyści i nacja LGBT.


O Bahias de Huatulco wspominałem już kiedyś, moje rozczarowanie nie minęło... odkąd wyasfaltowali szeroką drogę, która dochodzi do niegdyś dzikich i samotnych plaż, nic nie jest już tak jak powinno. Tłumy ludzi przyniosły ze sobą tandente restauracje z niedobrym jedzeniem, tysiące plastikowych krzeseł i śmieci. Można tylko pomarzyć oglądając film Almodovara.
Jedyne co się uchowało cywilizacji to Parque Nacional Huatulco i nie wiemy na jak długo, bo rząd forsuje wprowadzenie zmian prawnych, żeby można było budować w parkach narodowych...




Playa Chacahua
El Zipolite
Laguna Chacahua
Playa Mermejita. Mazunte
Surfers.Puerto Escondido

Friday, 2 May 2014

Playas de México Part I/Część I Guerrero



Pie de la Cuesta

Word playas is the only one that can describe mexican beaches: the sound of roaring waves, spectacular white sands, palm trees, surfers, hammocks, great parties, amazing people and a cold Pacifico beer. Do you remember reading Moby Dick and dreaming about Pacific? I was one of the boys dreaming to meat Pacific.  

There is, one knows not what sweet mystery about this sea, whose gently awful stirrings seem to speak of some hidden soul beneath; like those fabled undulations of the Ephesian sod over the buried Evangelist St. John. And meet it is, that over these sea-pastures, wide-rolling watery prairies and Potters’ Fields of all four continents, the waves should rise and fall, and ebb and flow unceasingly; for here, millions of mixed shades and shadows, drowned dreams, somnambulisms, reveries; all that we call lives and souls, lie dreaming, dreaming, still; tossing like slumberers in their beds; the ever-rolling waves but made so by their restlessness.

  (...) this serene Pacific, once beheld, must ever after be the sea of his adoption. It rolls the midmost waters of the world, the Indian Ocean and Atlantic being but its arms. The same waves wash the moles of the new-built Californian towns, but yesterday planted by the recentest race of men, and lave the faded but still gorgeous skirts of Asiatic lands, older than Abraham; while all between float milky-ways of coral isles, and low-lying, endless, unknown archipelagos, and impenetrable Japans. Thus this mysterious, divine Pacific zones the world’s whole bulk about; makes all coasts one bay to it; seems the tide-beating heart of earth. Lifted by those eternal swells, you needs must own the seductive god (...)

Now I've been living in Mexico for three years, I travelled it the length and breadth and I wish to share my thoughts, knowledge and experience starting with playas.
Even though I will have to divide it in a few posts, there are so many amazing beaches I've been too and I don't wanna miss any of them. I will be writing region by region, starting with Pacific beaches of Guerrero, the closest beaches to Mexico City to continue with Oaxaca, Costa Maya, Golfo de México and California.


World famous Acapulco. Even your mother heard about this beach, in the sixties it was the place to be, where Elvis was diving from La Quebrada cliffs and Love Boat was mooring with Grace Kelly on board. Not any more. The decay of the city is really sad, the water in the bay is very dirty and the crime level is one of the highest in Latin America, doggy nightclubs attracts drug dealers and prostitutes, it is polluted and very loud. All the charm is gone.


Acapulco Diamante. They call it a new Acapulco, but has not much to do with the old town, you even get there by new motorway that bypasses the actual town. They founded it a around the next bay. Today is a popular holiday spot for wealthy kids trying to their Spring Break time in luxurious hotels, amongst which Princess is the one to be, drinking and having parties. I have a feeling that all kids from Mexico City know topography of Diamante, always sharing tips about bars, clubs and hotels.


We don't have to travel far to enjoy tranquil, semi-virgin Pacific beaches, Pie de la Cuesta conserved it charm and invites us to relax on endless and spotless sandy beaches. Small hotels and fonditas offers decent accommodation and the greatest seafood. There is one place I always visit, Yolanda Yopez has the greatest ceviche, fresh fish and barbecued shrimps!
You might be interested in a boat trip to the lagoon that wraps the town, but please don't eat on the island, Montezuma is awaiting with his revenge over there.


Barra Vieja used to be a fishermen's village, far away from the glamour of Acapulco, where you could experience untouched Mexico. It has changed in a nightmare, at least for me, it is always crowded and busy, but the crowd is different there are mexican families going there. By saying a mexican family I mean grandma, mum and dad, at least three aunts and two uncles and fifteen maybe more kids screaming and crying, everyone is eating and eating. Fat moms and aunts  worked all night long to prepared greasy meat and dozens of tortillas... and for some unknown reason they always bath in their cloths....


Playa Ventura is a almost  beach lost somewhere  around no-name beaches in south Guerrero.  Pacific can be very brave here, once I was sucked into the water badly, so maybe try to be careful. There are few small, nice hotels next to the beach. You will enjoy long afternoon walks along endless beach and breathtaking sunsets.


Ixtapa. One of the resort build according the the government program shares the sad story of Cancun, Los Cabos and Huatulco. Overpriced chain hotels, restaurants and bars offers the fastest way to spend all your savings. I am always asking myself why the hell some wants to live in twentythree storey hotel if just few kilometers away you can rent a cabaña on the beach...


Zihuatanejo was to be an alternatives to the government program started by local entrepreneurs. No doubt it is far less crowded, commercialized and global. On the beach you will still find a few mooring fishermans boat and in the morning a sea food market where the local chiefs fight for the best fishes and shrimps. I did some mediocre diving over there, that I would´t recommend.


Barra de Potosi shares the story with Barra Vieja, once a laid back village now almost a low-cost shopping mall with food court. No doubt the beach is good, but ocean can a bit brave, you might want to ask locals if to dip in or not. Maybe if you try it over the week it would not be that crowded. It is my favorite beach of north Guerrero though.

There are more beaches in Guerrero, my friends are saying that Playa Michigan and Playa Coral are good, I hope to visit them soon.




      Acapulco          
 Ixtapa          
Zihuatanejo          



Polski tytuł byłby przynajmniej wykroczeniem, w słowie plaża nie ma białego piasku, ani palm kokosowych, ani szumu Pacyfiku tym bardziej surferów, hamaków i ceviche, są za to darłowskie budy ze smażoną Tołpygą i tłustym Halibutem, skrzętnie rozstawianie parawany od wiatru i zimna, mętna woda Bałtyku i kilka promieni słońca.
Pamiętam jak jeszcze w liceum czytałem książkę Herman Melville Moby Dick i marzyłem o Pacyfiku. Bo Pacyfik to nie jest morze czy ocean. Ma w sobie magię, tajemniczość, jest porywczy i nieprzewidywalnym, jak kapryśna i piękna kobieta. Kiedy pierwszy po raz przyleciałem do Meksyku od razu chciałem jechać na plażę, pierwsza jak przeszła mi przez głowę to Acapulco. To była pomyłka. Po trzech latach plażowania chcę Wam opowiedzieć gdzie jechać i co się robi na plażach Meksyku.
W Meksyku możemy mówić o kilku regionach plażowych, mamy też kilka kurortów, o których jedynie wspomnę, bo ich zwyczajnie nie lubię:)


Plaże Pacyfiku Region Południowy- Oaxaca i Guerrero


Acapulco. Zacznę tutaj bo to moje ulubione miejsca. Pierwsza plaża, jak wspomniałem już wcześniej to Acapulco. Miałem pecha to plaża miejska, brudna, peeeeełna i samo miasto, podupadły i tandetny kurort. W rankingu na najbardziej niebezpiecznie miasta w Meksyku wiedzie prym, ciemne interesy karteli narkotykowych w tamtejszych dyskotekach skutecznie odstraszają rozsądnych meksykanów, tylko czasami jacyś biali turyści szukający guza zapuszczają się w tamte rejony.


Acapulco Diamante. To całkiem inna historia. Wybudowane dla bogatych i bardzo bogatych, tutaj znajdziecie najlepsze wielogwaizdkowe hotele, ze słynną Princess na czele. Dużo czystsze plaże, mniej ludzi, bardziej ekskluzywnie. Ma nawet swój fragment autostrady, która szerokim łukiem omija stare Acapulco. Również nie polecam.


Pie de la Cuesta. Nie musimy się daleko ruszyć, żeby doświadczyć prawdziwych plaży Pacyfiku. Ta dwadzieścia kilometrów na północ od Acapulco zaprasza na swoje szerokie, piaszczyste plaże, do małych hotelików i pod małe palapy gdzie serwują najlepsze owoce morze. Zachody słońca w Pie de la Cuesta przyciągają setki spragnionych odpoczynku turystów. Zawsze znajdzie się wolny hamak czy pokój w małym hotelu a może w cabañi. Miejmy się jednak na baczności, otwarty ocean łatwo wciąga, a fale mogą nas nieźle pogruchotać. Polecam, szczególnie, że jest blisko miasta Meksyk:)


Barra Vieja. Z Acapulco dojedziemy tam w niecałą godzinę. Niecałe dziesięć late temu była to  jedynie osada rybacka na dziewiczej plaży, oglądając stare zdjęcia można jedynie zatęsknić za spokojem i rybakami. Małe bary i restauracje przejęły plaże, wszędzie tandetne plastikowe krzesła i stoliki (tak te same co u nas w brach przydrożnych w latach dziewiędziesiątych), natrętni kelnerzy nawołują, żeby zjeść u nich. Do Barra Vieja przyjeżdżają też całe rodziny meksykańskie. Jak mówię całe myślę: babcia, która w koszyku niesie trzy kilogramy kupionej tego ranka tortilli, mama z przenośna lodówką, w której chowa wcześniej przygotowane guacamole, frijoles, kurczaka, wątróbkę, chicharron, smażoną cebulę dymkę i limonki, ojciec rodziny, który niesie ze sobą trzylitrowe coca-cole i tutejsze oranżady, są też pewnie dwie grube ciotki, jedna pewnie ciągle w wałkach, druga wyciąga z torby smażone kurczaki i salsy, i gromadka krzykliwych i otyłych dzieci, które z pewnością jedzą lody albo chipsy. Rodzina Hernandez, tak ją nazwijmy, zapłaci właścicielce stolików i palapy sto pesos i zostanie tam na cały dzień. Nieznośne dzieci nie umieją pływać, boją się wody i nawet jeśli już wejdą do nigdy nie zdejmą ubrania... Polecam jedynie z meksykańską rodziną.


Playa Ventura. Zagubiona gdzieś wśród nienazwanych plaż Guerrero ma jedynie kilka małych hotelików, bardzo silne prądy morskie, sam byłem świadkiem prawie dwóch utopień, mnie zresztą też wciągnęło na chwilę. Jak możecie się domyślić jest tam baaaardzo spokojnie, jedynie co słychać to szum fal. Polecam


Ixtapa. Rządowy program budowy kurortów w Meksyku nieszczęśliwie zaczął się od Acapulco, potem było już tylko gorzej Cancun, Los Cabos, Ixtapa a ostatnio dołączyły do niego Zatoki Huatulco. Beton, wielkie hotele, promenady, jedzenie z sieciówek, zorganizowane wycieczki, delfinarium. Wszystko doskonale przygotowane na kosumpcjonizm tak głęboko zakorzeniony w amerykańskim (w tym meksykańskim) społeczeństwie. Jako turysta niestety nie zobaczycie tam prawdziwego Meksyku, może będą farbowani mariachi, może będzie kuchnia Tex-Mex. Szkoda, kiedyś byłą tam piękna zatoka. Nie polecam


Zihuatanejo. Zaraz po drugiej stronie zatoki wyrosło miasto, które miało być aleternatywą dla centralnie rządowej Ixtapy, oparte na lokalnym biznesie i głowach. Zdecydowanie spokojniejsze niż sąsiedni kurort, na plaży ciągle stoją łódki rybackie, a poranny targ przyciąga restauratorów i ciekawskich turystów, jest mały ośrodek chroniący żółwie, które kiedyś miały tu swoje siedliska, nadmorska promenada i mercado. Mnie udało się nawet wypłynąć na nurkowanie, dodajmy, że takie sobie nurkowanie.


Barra de Potosi. Plaża położona niecałą godzinę drogi od Zihuatanejo, na cyplu wśród lasu palmowego, dzieli ona swoją historię z plażą Barra Vieja, kiedyś była tam osada rybacka, dziś wielka jadłodajnia na plaży, trudno tu znaleźć ustronne i ciche miejsce, może w tygodniu, kiedy wszyscy pracują a dzieci są w szkole. Znów polecam jedynie z meksykańską rodziną.


Podobno Playa Michigan i Playa Corral są warte zobaczenia, jak pojadę opowiem:)