Showing posts with label mexico. Show all posts
Showing posts with label mexico. Show all posts

Monday, 12 May 2014

Playas de México PartII/Część II Oaxaca


way to the beach


Far away from the hubbub of big cities, under shadow of palm trees, between restless Pacific and cool peaks of Sierra Madre del Sur lie Playas de Oaxaca. Great for pampering, meeting people, partying until sunrise and surfing.
One says paradise.


No doubts that Puerto Escondido is Mecca of european surfers. They all flock to enjoy amazing morning waves and even better one night stands:) This is the place to do your first slides on a board with the best surf teachers. If you are coming from Mexico City try to take a bus through Acapulco, it takes four hour less than other.


Punta Zicatela is probably the most relaxed place in Mexico...I fell if I was in Steinbeck's Tortilla Flat. Everyone was so chilled, the life was about waking up, lying in a hammock while drinking beer or smoking pot, listening to waves of the ocean.
I remember meeting there a guy from San Francisco, who was to travel along the Americas for a year. When I met him he was in Zicatela about eight months, working as a gardener (of seventeen palm trees), he already learnt how to play a guitar and to surf. You might get very jealous of his life.
It is a perfect run away spot. You might stay there for longer than expected.


Do you remember glowing plants from Avatar movie? The reality is not that far from the fiction, at least at Laguna Chacahua, where fluorescent plankton glows just after sunset.  If you are lucky and pay a lot they take you for a night boat trip to the coastal waters, if not without any problems local capitan can take you to the dark water of salt water laguna.
I was very sceptic about this place, but once we reach the first spot and I splash some water it started to glow! We asked our capitan if we can jump into the water, he agrees as long as we won't swim for more than five minutes and close to the boat...there were some crocodiles around. Once we got in the water our bodies started to glow! I couldn't believe it... We stayed there until the moon rose and got back to the party beach. This place is a must.


Mazunte is the hippest mexican beach-town. To far away from cities, airport attracts  long-stayers. Once you get there you can't miss breathtaking sunset at Punta Cometa, morning pampering in natural jacuzzi formed by limestone rocks, all night beach parties with local hippies and life music, home made mezcal and the best argentinian bread and rolls. Hurry up, they are about to finish a new highway from Oaxaca City, who knows what's gonna happen.


El Zipolite lies a few minutes south from Mazunte, you just need to pass San Agustinillo Bay. If you want to put a label to every beach this is a nudist and LGBT beach, rainbow flags are waving all over the place and behind rocky end of the beach naked guy and girls enjoy the sun:) Apparently the hippie community organizes here a market with artesanal works, antiglobalist movies and books and a few bars. Good place to hedonistic holidays.

You might know Bahias de Huatulco from Almodovar movie Y Tu Mamá También, crystal clean waters, spotless and virgin beaches, a bonfire on the beach and romantic story. The charm is gone. Since the government decided to invest in the infrastructure and built a motorway and asphalt wide roads that lead to the coast, beaches are crowded, dirty and noisy. You might try to look for unspoiled waters at Huatulco National Park, they might be urbanized very soon! I read that they are planning an expansion of the airport...

Jacuzzi. Mazunte.

Trochę na uboczu, zazwyczaj spokojne, jedynie towarzyszą Pacyfikowi. Czasami, szczególnie w świąteczne wiosenne dni, napełniają się młodzieżą z miasta. Parną nocą goszczą całonocne pląsy i hulanki, romanse pod czarnym, rozgwieżdżonym niebem i mgliste wschody słońca. Chronione przez Sierra Madre del Sur nie dały się wziąć w ramiona korporacji, globalizacji, komercji i innych niewłaściwych.


Puerto Escondido to największe miasto na plażach Oaxaca'i, dobrze znane wśród europejskich surferów, którzy tłumnie przybywają na plaże, żeby złapać poranne fale a nocami szukać uciechy w ramionach pięknych i opalonych  dziewcząt. To miejsce, że stawiać swoje pierwsze kroki na desce wśród najlepszych.
Mieszka tam na stałe jeden polski surfer i prowadzi szkołę Surf-Mex! A co!


Punta Zicatela brzmi dla mnie rytmicznymi bębnami reagge, pachnie trawą i zaprasza do setek hamaków rozwieszonych w cieniu palm kokosowych. Panujący tam spokój pozwala zapomnieć o trwogach i troskach, które zostawiliśmy przynajmniej kilkaset kilometrów stąd, każe cieszyć się chwilą i skłania do refleksji. Bez wątpienia jest dobrym lekarstwem na wszelkie bolączki duszy.


Pamiętacie świecące rośliny z filmu Avatar, prawie istnieją. W Lagunie Chacahua jak i na otwartym morzu kilka mil morskich od brzegu występuje świecący plankton. Sam jadąc tam byłem dość sceptyczny. Jednak zaraz po zachodzie słońca, a przed wschodem księżyca, ruszliśmy małą łódką nad zatokę. Najpierw dało widzieć się poświatę z pluskającej za silnkiem wody. Zwolniliśmy i nasz siedemnastoletni  „kapitan” powiedział, że możemy śmiało spróbować. Za każdym plusknięciem i chlapnięciem woda zaczynała świecić punktowo, tak jakby były tam jakieś wodne świetliki. Zapytaliśmy go czy możemy wskoczyć do wody. Z kamienną miną się zgodził, ale powiedział, że tylko na chwilę, bo niedaleko są krokodyle... Każdy ruch w wodzie powodował, że woda dookoła nas świeciła, tak jabyśmy spowici byli w jakąś poświatą...
Polecam, bardzo polecam. Wrócę tam jeszcze kiedyś!


Mazunte jest hedonistycznym snem. Można tu wygodnie odpocząć na kilku bezludnych plażach, na kipiące romantycznością zachody słońca na Punta Cometa trzeba zaprosić drugą połówkę, a wcześniej wybrać się do naturalnego jacuzzi, które pozwala na spokojną i relaksującą kąpiel w zawsze wzburzonym Pacyfiku. Świetne wegetariańskie jedzenie pozwoli nam utrzymać linię na wszystkie dni plażowania a koncerty na plaży porwią nawet największego nudziarza. Polecam i jeszcze raz polecam. Trzeba jechać szybko, bo budują autostradę ze stolicy...


El Zipolite, leży tuż obok Mazunte, musimy tylko minąć plażę San Agustinillo (mimo, że była po drodze, nie udało mi się tam zatrzymać, odstraszył mnie tłum w oddali, mówią jednak, że zazwyczaj to bardzo spokojne miejsce). Plaża Zipolite przypomina nieco Punta Zicatela i często są mylone. Bardzo długa piaszczysta plaża kończy się mniejszą plażą ukrytą za kilkoma potężnymi skałami, i właśnie to miejsce upodobali sobie nudyści i nacja LGBT.


O Bahias de Huatulco wspominałem już kiedyś, moje rozczarowanie nie minęło... odkąd wyasfaltowali szeroką drogę, która dochodzi do niegdyś dzikich i samotnych plaż, nic nie jest już tak jak powinno. Tłumy ludzi przyniosły ze sobą tandente restauracje z niedobrym jedzeniem, tysiące plastikowych krzeseł i śmieci. Można tylko pomarzyć oglądając film Almodovara.
Jedyne co się uchowało cywilizacji to Parque Nacional Huatulco i nie wiemy na jak długo, bo rząd forsuje wprowadzenie zmian prawnych, żeby można było budować w parkach narodowych...




Playa Chacahua
El Zipolite
Laguna Chacahua
Playa Mermejita. Mazunte
Surfers.Puerto Escondido

Friday, 2 May 2014

Playas de México Part I/Część I Guerrero



Pie de la Cuesta

Word playas is the only one that can describe mexican beaches: the sound of roaring waves, spectacular white sands, palm trees, surfers, hammocks, great parties, amazing people and a cold Pacifico beer. Do you remember reading Moby Dick and dreaming about Pacific? I was one of the boys dreaming to meat Pacific.  

There is, one knows not what sweet mystery about this sea, whose gently awful stirrings seem to speak of some hidden soul beneath; like those fabled undulations of the Ephesian sod over the buried Evangelist St. John. And meet it is, that over these sea-pastures, wide-rolling watery prairies and Potters’ Fields of all four continents, the waves should rise and fall, and ebb and flow unceasingly; for here, millions of mixed shades and shadows, drowned dreams, somnambulisms, reveries; all that we call lives and souls, lie dreaming, dreaming, still; tossing like slumberers in their beds; the ever-rolling waves but made so by their restlessness.

  (...) this serene Pacific, once beheld, must ever after be the sea of his adoption. It rolls the midmost waters of the world, the Indian Ocean and Atlantic being but its arms. The same waves wash the moles of the new-built Californian towns, but yesterday planted by the recentest race of men, and lave the faded but still gorgeous skirts of Asiatic lands, older than Abraham; while all between float milky-ways of coral isles, and low-lying, endless, unknown archipelagos, and impenetrable Japans. Thus this mysterious, divine Pacific zones the world’s whole bulk about; makes all coasts one bay to it; seems the tide-beating heart of earth. Lifted by those eternal swells, you needs must own the seductive god (...)

Now I've been living in Mexico for three years, I travelled it the length and breadth and I wish to share my thoughts, knowledge and experience starting with playas.
Even though I will have to divide it in a few posts, there are so many amazing beaches I've been too and I don't wanna miss any of them. I will be writing region by region, starting with Pacific beaches of Guerrero, the closest beaches to Mexico City to continue with Oaxaca, Costa Maya, Golfo de México and California.


World famous Acapulco. Even your mother heard about this beach, in the sixties it was the place to be, where Elvis was diving from La Quebrada cliffs and Love Boat was mooring with Grace Kelly on board. Not any more. The decay of the city is really sad, the water in the bay is very dirty and the crime level is one of the highest in Latin America, doggy nightclubs attracts drug dealers and prostitutes, it is polluted and very loud. All the charm is gone.


Acapulco Diamante. They call it a new Acapulco, but has not much to do with the old town, you even get there by new motorway that bypasses the actual town. They founded it a around the next bay. Today is a popular holiday spot for wealthy kids trying to their Spring Break time in luxurious hotels, amongst which Princess is the one to be, drinking and having parties. I have a feeling that all kids from Mexico City know topography of Diamante, always sharing tips about bars, clubs and hotels.


We don't have to travel far to enjoy tranquil, semi-virgin Pacific beaches, Pie de la Cuesta conserved it charm and invites us to relax on endless and spotless sandy beaches. Small hotels and fonditas offers decent accommodation and the greatest seafood. There is one place I always visit, Yolanda Yopez has the greatest ceviche, fresh fish and barbecued shrimps!
You might be interested in a boat trip to the lagoon that wraps the town, but please don't eat on the island, Montezuma is awaiting with his revenge over there.


Barra Vieja used to be a fishermen's village, far away from the glamour of Acapulco, where you could experience untouched Mexico. It has changed in a nightmare, at least for me, it is always crowded and busy, but the crowd is different there are mexican families going there. By saying a mexican family I mean grandma, mum and dad, at least three aunts and two uncles and fifteen maybe more kids screaming and crying, everyone is eating and eating. Fat moms and aunts  worked all night long to prepared greasy meat and dozens of tortillas... and for some unknown reason they always bath in their cloths....


Playa Ventura is a almost  beach lost somewhere  around no-name beaches in south Guerrero.  Pacific can be very brave here, once I was sucked into the water badly, so maybe try to be careful. There are few small, nice hotels next to the beach. You will enjoy long afternoon walks along endless beach and breathtaking sunsets.


Ixtapa. One of the resort build according the the government program shares the sad story of Cancun, Los Cabos and Huatulco. Overpriced chain hotels, restaurants and bars offers the fastest way to spend all your savings. I am always asking myself why the hell some wants to live in twentythree storey hotel if just few kilometers away you can rent a cabaña on the beach...


Zihuatanejo was to be an alternatives to the government program started by local entrepreneurs. No doubt it is far less crowded, commercialized and global. On the beach you will still find a few mooring fishermans boat and in the morning a sea food market where the local chiefs fight for the best fishes and shrimps. I did some mediocre diving over there, that I would´t recommend.


Barra de Potosi shares the story with Barra Vieja, once a laid back village now almost a low-cost shopping mall with food court. No doubt the beach is good, but ocean can a bit brave, you might want to ask locals if to dip in or not. Maybe if you try it over the week it would not be that crowded. It is my favorite beach of north Guerrero though.

There are more beaches in Guerrero, my friends are saying that Playa Michigan and Playa Coral are good, I hope to visit them soon.




      Acapulco          
 Ixtapa          
Zihuatanejo          



Polski tytuł byłby przynajmniej wykroczeniem, w słowie plaża nie ma białego piasku, ani palm kokosowych, ani szumu Pacyfiku tym bardziej surferów, hamaków i ceviche, są za to darłowskie budy ze smażoną Tołpygą i tłustym Halibutem, skrzętnie rozstawianie parawany od wiatru i zimna, mętna woda Bałtyku i kilka promieni słońca.
Pamiętam jak jeszcze w liceum czytałem książkę Herman Melville Moby Dick i marzyłem o Pacyfiku. Bo Pacyfik to nie jest morze czy ocean. Ma w sobie magię, tajemniczość, jest porywczy i nieprzewidywalnym, jak kapryśna i piękna kobieta. Kiedy pierwszy po raz przyleciałem do Meksyku od razu chciałem jechać na plażę, pierwsza jak przeszła mi przez głowę to Acapulco. To była pomyłka. Po trzech latach plażowania chcę Wam opowiedzieć gdzie jechać i co się robi na plażach Meksyku.
W Meksyku możemy mówić o kilku regionach plażowych, mamy też kilka kurortów, o których jedynie wspomnę, bo ich zwyczajnie nie lubię:)


Plaże Pacyfiku Region Południowy- Oaxaca i Guerrero


Acapulco. Zacznę tutaj bo to moje ulubione miejsca. Pierwsza plaża, jak wspomniałem już wcześniej to Acapulco. Miałem pecha to plaża miejska, brudna, peeeeełna i samo miasto, podupadły i tandetny kurort. W rankingu na najbardziej niebezpiecznie miasta w Meksyku wiedzie prym, ciemne interesy karteli narkotykowych w tamtejszych dyskotekach skutecznie odstraszają rozsądnych meksykanów, tylko czasami jacyś biali turyści szukający guza zapuszczają się w tamte rejony.


Acapulco Diamante. To całkiem inna historia. Wybudowane dla bogatych i bardzo bogatych, tutaj znajdziecie najlepsze wielogwaizdkowe hotele, ze słynną Princess na czele. Dużo czystsze plaże, mniej ludzi, bardziej ekskluzywnie. Ma nawet swój fragment autostrady, która szerokim łukiem omija stare Acapulco. Również nie polecam.


Pie de la Cuesta. Nie musimy się daleko ruszyć, żeby doświadczyć prawdziwych plaży Pacyfiku. Ta dwadzieścia kilometrów na północ od Acapulco zaprasza na swoje szerokie, piaszczyste plaże, do małych hotelików i pod małe palapy gdzie serwują najlepsze owoce morze. Zachody słońca w Pie de la Cuesta przyciągają setki spragnionych odpoczynku turystów. Zawsze znajdzie się wolny hamak czy pokój w małym hotelu a może w cabañi. Miejmy się jednak na baczności, otwarty ocean łatwo wciąga, a fale mogą nas nieźle pogruchotać. Polecam, szczególnie, że jest blisko miasta Meksyk:)


Barra Vieja. Z Acapulco dojedziemy tam w niecałą godzinę. Niecałe dziesięć late temu była to  jedynie osada rybacka na dziewiczej plaży, oglądając stare zdjęcia można jedynie zatęsknić za spokojem i rybakami. Małe bary i restauracje przejęły plaże, wszędzie tandetne plastikowe krzesła i stoliki (tak te same co u nas w brach przydrożnych w latach dziewiędziesiątych), natrętni kelnerzy nawołują, żeby zjeść u nich. Do Barra Vieja przyjeżdżają też całe rodziny meksykańskie. Jak mówię całe myślę: babcia, która w koszyku niesie trzy kilogramy kupionej tego ranka tortilli, mama z przenośna lodówką, w której chowa wcześniej przygotowane guacamole, frijoles, kurczaka, wątróbkę, chicharron, smażoną cebulę dymkę i limonki, ojciec rodziny, który niesie ze sobą trzylitrowe coca-cole i tutejsze oranżady, są też pewnie dwie grube ciotki, jedna pewnie ciągle w wałkach, druga wyciąga z torby smażone kurczaki i salsy, i gromadka krzykliwych i otyłych dzieci, które z pewnością jedzą lody albo chipsy. Rodzina Hernandez, tak ją nazwijmy, zapłaci właścicielce stolików i palapy sto pesos i zostanie tam na cały dzień. Nieznośne dzieci nie umieją pływać, boją się wody i nawet jeśli już wejdą do nigdy nie zdejmą ubrania... Polecam jedynie z meksykańską rodziną.


Playa Ventura. Zagubiona gdzieś wśród nienazwanych plaż Guerrero ma jedynie kilka małych hotelików, bardzo silne prądy morskie, sam byłem świadkiem prawie dwóch utopień, mnie zresztą też wciągnęło na chwilę. Jak możecie się domyślić jest tam baaaardzo spokojnie, jedynie co słychać to szum fal. Polecam


Ixtapa. Rządowy program budowy kurortów w Meksyku nieszczęśliwie zaczął się od Acapulco, potem było już tylko gorzej Cancun, Los Cabos, Ixtapa a ostatnio dołączyły do niego Zatoki Huatulco. Beton, wielkie hotele, promenady, jedzenie z sieciówek, zorganizowane wycieczki, delfinarium. Wszystko doskonale przygotowane na kosumpcjonizm tak głęboko zakorzeniony w amerykańskim (w tym meksykańskim) społeczeństwie. Jako turysta niestety nie zobaczycie tam prawdziwego Meksyku, może będą farbowani mariachi, może będzie kuchnia Tex-Mex. Szkoda, kiedyś byłą tam piękna zatoka. Nie polecam


Zihuatanejo. Zaraz po drugiej stronie zatoki wyrosło miasto, które miało być aleternatywą dla centralnie rządowej Ixtapy, oparte na lokalnym biznesie i głowach. Zdecydowanie spokojniejsze niż sąsiedni kurort, na plaży ciągle stoją łódki rybackie, a poranny targ przyciąga restauratorów i ciekawskich turystów, jest mały ośrodek chroniący żółwie, które kiedyś miały tu swoje siedliska, nadmorska promenada i mercado. Mnie udało się nawet wypłynąć na nurkowanie, dodajmy, że takie sobie nurkowanie.


Barra de Potosi. Plaża położona niecałą godzinę drogi od Zihuatanejo, na cyplu wśród lasu palmowego, dzieli ona swoją historię z plażą Barra Vieja, kiedyś była tam osada rybacka, dziś wielka jadłodajnia na plaży, trudno tu znaleźć ustronne i ciche miejsce, może w tygodniu, kiedy wszyscy pracują a dzieci są w szkole. Znów polecam jedynie z meksykańską rodziną.


Podobno Playa Michigan i Playa Corral są warte zobaczenia, jak pojadę opowiem:)

Tuesday, 9 April 2013

Laguna Miramar




Over the hills and far away, hidden in Selva Lancodona, there is a Laguna Miramar which pristine, ridiculously turquoise and warm waters welcomes steadfast out-to-their mind backpackers.
One of the most, if not the most, remote places in México  is a home to ancient civilization of Maya culture and tradition.
You are asking how to get there? It is a piece of cake if you have your biplane: you just land in San Quintin and from there it is just a few kilometers away, if not...You can take an overnight bus to San Cristobal de las Casas or Palenque (fourteen hours), than a van to Ocosingo (two hours more), a combi to San Quintin (five maybe seven hours), once you get there you walk to Emiliano Zapata pay the entrance fee and walk or ride a horse for the next hour and a half (twenty in total). It definitely pays back! The untouched rainforest's echoes with roars of howler monkeys, try to spot spider monkeys, tapirs, macaws and toucans, the jaguars (un)fortunately ran away.
The forest still harbor abandoned Maya cities, temples, paitnings- two days before our arrival the found a figure of, God of Water, many places haven't been explored by archeologist...
The first day passes lazy and great, admiring the remoteness.It wasn't even a midnight when the sudden gust of wind brought hot and sticky air, the lake swelled rapidly and the waves started hitting wooden canoes, leaves fell down and my hammock start swinging, the nightsky cleared up and the the Full Moon came forth. Everyone woke up, I went to shore to get a glimpse over the silver moonlight reflected in the Laguna water it was so...Twilight :)
After a great night spent in the hammock my friend woke me up saying: Adrian! It is time, the sunrise!
There, in Chiapas, is just the begging of the day, no one cares about how beautiful it is, how many tones of red, pink, violet, orange appears one the sky.. For me, an urbanite, not accustomed to it,  a sunrise is a magical spectacle of beginning, time for stand and stare. This one was unique, the flat surface of Laguna was reflecting the colours of the sun rising behind the mountains until it came. It was like an explosion of golden brightness. 
In the morning we took a canoe and with our guide went for a tour over the Laguna. That was a deal! Thanks to him we understood what is the Laguna for there, who they are and that he speaks three different Maya languages. Climbing to the mirador was quite difficult in flip flops so finally we climbed barefoot, and I must say it fell great.





Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siódmą rzeką...i już prawie jesteśmy, jest laguna, ukryta przed wzorkiem leniwych, ciekawskich i wygodnych. Ciepłe i kiczowato turkusowe wody laguny witają strudzonych, zmęczonych ale wytrwałych podróżników.
Bułka z masłem­
Pewnie zastanawiasz się jak się Tam dostać. Bułka z masłem. Jak już dolecisz do Meskyku, bo mniemam, że ciągle jesteś nad Wisłą (a być może Tamizą), wsiadasz w autobus do San Cristobal de las Casas, potem w kolejny, mniejszy do San Quintin, jeszcze tylko siedem kilometrów przez gorący i wilgotny las tym razem piechotą bądź konno i już, możesz zanurzyć się w lagunie. Mniej więcej po dwudziestudwóch godzinach docierasz do celu, ale gra jest warta świeczki. Selva Lancodona, która otacza lagunę jest siedliskiem bogatej flory i fauny: z daleka usłyszymy wyjce, może uda nam się zaobserwować tukany, papugi, żółwie czy krokodyle. Podobno nocą można usłyszeć jaguary, ale pewnie to tylko marketingowe plotki. Las ciągle ukrywa opuszczonei niezbadane miasta i świątynie znikającej cywilizacji Majów: dwa dni przed naszym przyjazdem odkryto posąg, który nazwano Bogiem Wody, ale tak napawdę nikt póki co zbyt dużo nie wiedział, może pilnował wejścia do jaksini, świątyni...
Dzień pierwszy minął na pociesznym leniuchowaniu i upjaniu się naturą. Po zachodzie słońca dzień się skończył,jedynie niektórzy rozpalili ogniska, inni zbierali się powoli do snu.
Nie wybiło nawet północy, gdy zerwał się ciepły i lepki wiatr, laguna wzburzyła się i krótkie fale zaczęły uderzać o drewnianie łódki zacumowane przy brzegu, liście spadły z drzew i mój hamak zaczął się delikatnie kołysać, nocne niebo rozchmurzyło się i pojawiła się wielka tarcza białego kiężyca. Chyba wszyscy obudzili się. Wstałem i podszedłem zobaczyć co się dzieje. Jedynie kilku gapiów podziwiało srebre światło księżyca odbijające się w wezbranych wodach. Brakowało wśród nad jedynie Edwarda Cullena :)
Po nocy spędzonej w hamaku, przed świtem, słyszę: Adrianie! Wstawaj, wschód słońca. Nie trzeba było mnie specjalnie namawiać, owinałem się jedynie w ciepły koc i podeszliśmy nad brzeg.
Poza miastem, poza cywilizajcą, wschód słońca wyznacza jedynie godzinę pobudki, początek pracy. Dla mnie, mieszczucha, to często przespany spektakl poranka, kolory: roż, fiolet, pomarańcza, czerwień zwiastują dobry dzień, Chiwilę potem obudziły się mgły i zaczęły bezczelnie tańczyć i harcować nad lustrzaną taflą laguny, tak jaby krzyzały zrób mi zdjęcie teraz. Gdy tylko słońce wyszło zza gór, nad wszystkim rozlało się złote, oślepiające światło odbite od laguny.
Rybacy wypłynęli do pracy.
Powrót znad laguny już tak przyjemny nie był, wyjazd parę chwil po północy, z wojskowego pasa lotniczego półciężarówką z kipą i dwiema drewnianymi ławkami nie należał ani do najwygodniejszych ani chyba też do najbezpieczniejszych.Nad ranem zrobiły się zimno a ta sama puszcza i ten sam księżyc nie był już tak inspirujący i piękny, a nieco starszny. Chyba tak szmugluje się ludzi przez granicę gwatemalsko-meksykańską, która nota bene było o rzut beretem.




Saturday, 12 May 2012

Tulum

August 2009

It was a sunny (it already sounds cliché, but it was) and hot morning. Me, my sis and three of my girlfriends were driving from Coba to Tulum. Our plan was to find a paradise beach, somewhere on the Riviera Maya. Basically what we, or they, wanted was palm trees, white, fine sand, turquoise water, small cabañas on the beach, sunsets, maybe a few parties ...and I bet girls wanted to meet tanned surfers:)
We where on the taxi, all sweated, tired and uncomfortable, finally we exit the thick forest and started to drive along the coast, when suddenly girls started to scream with excitation.
-Aaaaa, stop, stop the car! It is here!
-It is amazing!
-Fuck !!!
I look at them, later on my right... yes we arrived to the Paradise. This one was called Playa de Pescadores. Apart from the dreamt beach there where fisherman's boats, seagulls, few indie backpackers and a restaurant with a decent seafood.
We spent there great time, laughing, swimming, sunbathing, snorkelling, walking, taking sexy beach, sand and palm pictures, falling in love with Tulum.
I was sure that sooner or later I'll be back there!
February 2012
I got back there with my sis and mum. They came here to spent winter holidays. But...
Mayan used to call it Zama - City of Dawn. For years it used to be a tranquil refuge from cities, people, rush, civilization and present. Unfortunately it is changing rapidly and without any plan.
It is not virgin or semi-virgin any more. You shouldn't be surprised meeting a bunch of Australian or French kitesurfers or yogis from South Africa hanging around. In the south there is Zona Hotelera which looks like a proper town with hotels, bars, restaurants, spas, shops (sic!). Seems to be very sustainable, green, bla bla bla and all the hippies go there but locals are concerned about their homeland. The newcomers (in majority Europeans - Italians, French and Germans) are invading mangroves and jungle furtively, depriving animals, their home , destroying ecosystem.
Obviously it is not like Cancun or Acapluco with towers, massive resorts, industry disconnected from local culture and people, but it is not a laid-back place where you meet miejscowych to chat. Sadly the place had lost it unique charm and authenticity, it used to be a Mayan port city, turquoise water and a few cabañas, fisherman's, now it become just a regular resort.

Fortunately cenotes are still unexploited. 
Diving in cenotes takes you in a different world. The water is so pristine that you feel like floating there was no gravitation, rays of sun enter through eroded rocks inside under the water creating an extraordinary spectacle of darkness and light. Sometimes you swim through a dark duct to get to a bigger chamber where bats are hanging form the ceiling or if the water is very calm you can see the reflection of you form under the water (that is really awesome). There is a yellow rope guiding you thorough t the maze of Hades. Man, just do it!
I realized that you might not know what a cenote is...
The bedrock of Yucatan is build with fragile, thin and delicate layer of limestone. Years ago meteorite fall on the peninsula and the rocks collapsed exposing the shallow underground water. Due to the material, generally, cenotes creates system of connected underground caves easy to explore.
People says that few of them where also entrances to underground Mayan temple, but unfortunately I have never seen that.

Please if you go there don´t use a sun cream, or use it at least half an hours before entering the water the same with mosquito repellent. You won´t get sunburn or bitten by mosquito in the cave. All the chemicals pollute the water. 
(Please use the same logic approaching coral reef or entering any sea, river, lake ).
Last week there was a conference about future of Tulum.




Sierpień 2009

Z Coby do Tulum kursuje jeden autobus dziennie, nie przyjechał. Cóż musieliśmy znaleźć taryfiarza, zbić cenę do połowy przekonując go, że się zmieścimy w piątkę do taksówki, że to wcale nie jest tak daleko, i że jak będzie policja to schowamy głowy tak, żeby widziała jedynie trzy blondynki z tyłu. Udało się. Czar i uroda mojej siostry i koleżanek podziałały jak zwykle.
Tak, poranek był piękny, niebo- jak przystało na niebo- niebieskie, ptaszki ćwierkały a my mieliśmy do przebycia ze czterdzieści, może kilometrów, w bardzo gorącej i dusznej taksówce bez klimatyzacji, gdzie otwierało się jedno okno. Gdy wyjechaliśmy wreszcie z dżungli i zaczęliśmy jechać wybrzeżem zrobiło się dużo przyjemniej.
Jechaliśmy do Tulum, nie rezerwując, nie szukając niczego wcześniej, chcieliśmy turkusowe morze (takie jak z widokówki), biały, drobny piasek, zwichrzone wiatrem palmy i mały domek na plaży.
Jedziemy i jedziemy. Nagle, dziewczęta zaczynają krzyczeć:
- To tu, zatrzymać się!
-Wow!
- O (głęboki oddech) kurwa!
I tu się właśnie zatrzymaliśmy. Lista wymagań został spełniona, doszły jedynie hamaki wiszące pod palmami, małe kutry rybackie, białe mewy, bar na plaży i knajpa z przyzwoitymi owocami morza.
Na Playa de Pescadores zostaliśmy kilka dni- śmiejąc się, pluskając w kiczowato lazurowej wodzie, leżąc na piasku tak białym, że wydawał się sztuczny, nurkując na rafie koralowej, robiąc zdjęcia jak z Vivy, jedząc pyszne ceviche i pijąc litry michelady!

Wtedy wiedziałem, że tam wrócę.

Luty 2012
Tak jak pomyślałem, tak zrobiłem. Tej zimy na meksykańskie wakacje przyjechała nie tylko moja siostra ale i mama. Postanowiliśmy zobaczyć to co najlepsze z południowego Meksyku. Wiązało się to z długimi nocami w autobusach i kilkoma innymi niedogodnościami, ale one były Gotowe na Wszystko.
Chcieliśmy spać w tym samym miejscu i odpocząć tak jak kiedyś. Byłoby nam niezmiernie łatwiej gdybyśmy ja bądź moja siostra znali choć nazwę tego miejsca. Więc znów zrobiliśmy tak jak poprzednio jedziemy dopóki nie znajdziemy Tej właśnie plaży. Ale... 
Nie sądziłem, że w ciągu niespełna trzech lat Tulum mogło się tak zmienić!
Majowie, nazywali je miastem zmierzchu, przez lata, to właśnie tu można było uciec od zgiełku, miasta, cywilizacji, dnia dzisiejszego. Odpocząć.
Krwiożercze (a co tam!) macki imperializmu i globalizmu dotarły też tu! Byłem dość zaskoczony widząc australijskich kitesurferów furkoczących na wietrze czy joginów z Południowej Afryki wyginających śmiało ciało podczas zachodu i wschodu słońca. Kilka kilometrów na południe od stanowiska archeologicznego powstała miasteczko hotelowe. Tam znajdziemy bar, restauracje, spa, sklepy- wszystko czego (nie-)potrzebuje współczesny człowiek! Udają, że są bardzo ekologiczni, fakt wszystko wybudowane jest z drewna, ale mam wątpliwość czy nie pochodzi ono, np. z Kanady, wszędzie są panele słoneczne i inne wynalazki. Ale kiedyś to było bardziej ekologiczne- tylko zimna woda, prąd tylko przez godzinę po zachodzie słońca i to w trzech gniazdkach, bez basenu z chlorowaną wodą. Lokalni skarżą się bardzo, że Nowi zabierają im ich ziemię, klientów, a najgorsze, że zaczynając zabudowywać lasy namorzynowe!
Nie ma już swoistego kontaktu z miejscowymi. Kiedyś właściciele kilku cabañi na plaży, z którymi spędzało się wieczory słuchając opowieści o morzu i lesie, dzikich zwierzętach, obyczajach i tradycji, dziś pokojówki czy kelnerzy, z którymi już nie tak łatwo zwyczajnie pogadać przy piwie.


Dla mnie chyba najciekawsze są cenotes. Ciągle nieodkryte, schowane głęboko w lesie. Powinienem zacząć od tego co to jest.
Podłoże skalne Jukatanu zbudowane jest z piaskowca. Wieki temu, spadł tu deszcz meteorytów szatkując i dziurawiąc delikatną strukturę i odsłaniając płytkie wody. Przez lata, wskutek erozji, wiele pojedynczych jaskiń połączyło się tworząc podziemne (i podwodne) labirynty.
Mówi, się że niektóre z nich były wejściami do świątyń majów. Jeśli to prawda to chcę.
Nurkowanie w centoes to przeżycie jedno w swoim rodzaju. Woda, kryształowo czysta, sprawia, że masz wrażenie jakbyś lewitował, zamknięty w jaskini tak naprawdę nie wiesz gdzie jest górą a gdzie dół. Pływasz podziemnymi korytarzami z jednej części do drugiej, czasami przez ciemne, czarne wąskie tunele, żeby wpłynąć do wielkich podziemnych komnat, gdzie przez zerodowane wiatrem, deszczem i czasem skały, przedostają się promienie słoneczne, które pod wodą przybierając kolory od zielonego po błękit. Mhhhhh...

Apel.
Jeśli wchodzicie do cenote, jeśli wchodzicie do jakichkolwiek zbiorników wodnych, posmarujcie się kremem na opalanie i maścią od komarów przynajmniej na pół godziny przed. Nie chcemy przecież zniszczyć tych cennych ekosystemów, zanieczyścić wody!(ani wychodzić śmierdzący od repelentów na komary!)
Dziś na rynku dostępne są już tzw. środki biodegradowalne, ale są drogie i sam proces produkcji budzi pewne zastrzeżenia.







Sunday, 11 March 2012

Santuario El Rosario/ Mariposas Monarcha en Michoacan


I was born in a town, I grew up in the city, I live in the city.
My university career was all about a city, today my job is about a city.

For a urbanite like me nature and countryside have something appealing and attracting. It always impresses me much more than the mostest and bestest squares, buildings, streets and finally cities. But this time I was totally blown away, thrilled, moved...

The ride to El Rosario, takes couple of hours. Check your brakes before living and make sure your car is gonna make it. Once you pass Toluca and enter the State of Michoacan the adventure begins. The serpentine takes you and and down through the mountainous highlands of Mexico. It seems to be only a hundred kilometres on the map, but it is all the way up or down. Finally when you get the the town of Ocampo the asphalt road finishes and the pebbled one starts, and it is only up...
It was quite a task to get there, I must say. We had a small city car and it happened, couple of times, that all of the sudden it had just stopped on our way up. My feet was pushing pedal down to the very end but the motor was definitely striking, saying I am not going any further, no way. We stopped, waited and in a few minutes it was ready to continue. Approaching the National Park you start seeing some butterflies, but once you leave a car and pass the entrance it all starts.

Almost in every language there is its fragility, volatility and tenderness in a word the butterfly hidden. The sound of the word, the lenght, rythm describes the creature. In Spanish it is mariposa, in Nauhatl papalotl, motyl in Polish, French called it papillon, Portuguese borboleta. If you go to Italia you would look for farfalle and in Russia for бабочка (babooshka). Only Germans and Norwegians call it in a non-volatile way: Schmetterling and Sommerfugl :)

Every fall millions (and this is not exaggerated at all) butterflies flock form Canada and The Great Lakes to the green highlands of Michoacan to survive the cold north winter. Imagine that some flies more than four thousands kilometres! Hooooooow?
Science Daily says:

"While light in general is essential to the functioning of the "biological clock" in the butterfly brain – governing its metabolic cycles and signal to migrate. Specifically the ultraviolet band of light that is crucial to the creature's orientation. The butterflies have special photoreceptors for ultraviolet (UV) light in their eyes which provide them with their sense of direction.
Further probing revealed a key wiring connection between the light-detecting navigation sensors in the butterfly's eye and its brain clock Thus, it was shown that input from two interconnected systems – UV light detection in the eye and the biological clock in the brain -- together guide the butterflies "straight and true" to their destination at the appointed times in their two-month migration over thousands of miles/kilometres"

To see the spectacle you have to visit El Rosario or any other Sanctuary in February or March on a sunny day. The best is to arrive there in the very morning to see the creatures when they descend to drink water from streams before the midday and get some sunlight on the grasslands, later on they get back into the mountains.

My heart was beating much faster seeing this beauties, seeing hundreds, thousands, millions of them. When I look up it happened that I didn't see a blue sky, it was dark with of mariposas.Walking through the forest, with high and elegant pine trees exectaly the same I know from home, was a bit sentimental though.

When we get to the place where they rest it was even more moving. It was a concert of a nature. Every time when the sky was clearing the butterflies woke up and started to fly. Everyone stopped talking to listen the rustling of the wings. It was a symphony of silence and murmur of mariposas ... and once again the sky was louring and they get back on the trees to rest. They close the orange wings to disappear among the trees leaves.
Among all the nature wonders I have seen it beets most of them, if not all.











Bez dwóch zdań jestem mieszczuchem. Nie wyrażam sobie życia bez miasta, bez tłumnych ulic i placy, kafejek wypełniających się ludźmi w majowe popołudnia i wieczory, nocy w klubach aż do świtu, zakupów na pobliskim targu czy porannej kakofonii klaksonów. Moje studia i praca to próba rozwiązania problemów miasta. Mimo, że od najmłodszych lat spędzałem najpierw z rodzicami i dziadkami, a potem z przyjaciółmi, wakacje i weekendy w lesie, nad morzem, w górach, nad jeziorem, tylko w mieście czuję się u siebie. Znam odgłosy miasta lepiej niż wsi, szybciej odróżniam marki samochodów niż gatunki drzew... Może dlatego właśnie natura i wieś zawsze były i będą dla mnie w pewnym stopniu tajemnicze i pociągające.
Tym razem zostałem całkowicie zmieciony z powierzchni Ziemii, poziom endorfin podskoczył niebezpiecznie wysoko.

Podróż do Sanktuarium zajmuje około czterech godzin. Przed samym wyjazdem trzeba bezwzględnie sprawdzić hamulce, czekają nas serpentyny, przy których sam czarnogórski Zakręt Śmierci bladnie. Jak wjedziemy już do stanu Michoacan zaczyna się prawdziwa przejażdżka. Na mapie to jedynie sto kilometrów, ale to sto kilometrów ostrych zakrętów, wzniesień, do tego stopnia że od skręcania kierownicą mogę spokojnie ominąć poranne ćwiczenia a wysiadając z samochody ledwo stoisz na nodze od pedału gazu. Jak już dojechaliśmy do miasteczka Ocampo, asfalt skończył się i zaczęła się brukowana, wyboista droga.
Jadąc pod górę nasz samochód bardzo protestował, do tego stopnia że w pewnym momencie, nie więcej niż 20 kilometrów od celu, zdecydowanie odmówił posłuszeństwa i stanął na środku drogi. Po krótkim acz wymuszonym przystanku udało się nam szczęśliwie dotrzeć do celu.

Właściwie w każdym znanym mi języku w samym słowie motyl kryje się jego delikatność, ulotność, chwilowość. Tak jakby dźwięk, rytm słowa, litery już opisywały to stworzenie.
Hiszpanie nazywają go mariupolska, Portugalczycy borboleta, Rosjanie бабочка (babuszka), włosi farfalle... jedynie germanie i wikingowie nieco go uziemili i ubrutalnili zwąc Schmetterling i Sommerfugl.

Rok rocznie miliony, tak miliony, tych drobnych stworzątek, dzielnie i sprawnie pokonują ponad cztery tysiące kilometrów, żeby schronić się przed mroźna północnoamerykańską zimą na wyżynach środkowego Meksyku. Odkąd o tym usłyszałem, głowiłem się jak one to robią. Pomogły mi, jak zwykle, google i tym razem cytaty z magazynu Science.

Światło jest jednym z kluczowych czynników niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania tzw. zegaru biologicznego w mózgu motyli, odpowiada bezpośrednio za cykle metaboliczne w tym za wysłanie sygnału wyznaczającego czas migracji. Oczy motyli wyposażone są w specjalnie fotoreceptory, które analizując światło ultrafioletowe tzw. UV potrafią wyznaczyć kierunek migracji.” 

Do El Rosario trzeba jechać w lutym bądź marcu, najlepiej w słoneczny dzień, tylko wtedy można zobaczyć to przedstawienie. Powinniśmy dojechać na miejsce we wczesnych godzinach porannych, kiedy to motyle zlatują do doliny, aby wygrzać się w pierwszych promieniach porannego słońca i napić się wody z okolicznych strumieni.
Gdy już zobaczyłem setki, tysiące a potem miliony tych bestii, ciśnienie podskoczyło mi za wysoko, a mózg zaczął produkować wzmożone ilości endorfiny i uśmiech nie chciał mi zejść z twarzy. Spoglądając w górę nie widziałem już jasnobłękitnego nieba tylko motyle, motyle i motyle. Płynęły strumieniami pomarańczy.

Jak już dotarliśmy na górę, do właściwego Sanktuarium byłem pewien, że już nic mnie nie może zaskoczyć. Zobaczyłem jednak znak ZACHOWAĆ CISZĘ. Jasne, jesteśmy w Parku Narodowym, a jedne czego meksykanie nie tolerują jest cisza, więc wydał mi się on zdecydowanie na miejscu.
Gdy słońce wyszło tylko zza chmur zrozumiałem czemu.
Ciszę przerwał koncert na milion skrzydeł.

I od tego czasu nic już nie mówiłem, nie rozmawialiśmy, tylko słuchaliśmy ciszy i szmeru motylich skrzydeł.
Gdy niebo chmurzyło się, wracały one na drzewa, żeby ponownie zlać się z liśćmi.