Wednesday, 20 January 2016

Ushuaia.




Tierra del Fuego. Ziemia Ognista. Dwa słowa, które pobudzają wyobraźnię. Już pod ciepłym kocem z laptopem na kolanach marzymy o podróżach w nieznane, tam gdzie nie sięga wzrok, na koniec świata. Ushuaia ostatnie miasto świata, ukryte przed antarktycznym wiatrem Zatoką Beagle, bacznie i z niechęcią przygotowuje się do zmian. Jeszcze nie tak dawno po Maipú przechadzała się jedynie garstka zapaleńców, zbłądzonych turystów. Niestety świat gna dalej i bierze jeńców jednego po drugim. Kolejne wycieczkowce wyładowane amerykańskimi turystami na emeryturze z czapeczką z daszkiem, wielką walizką i czerwoną kurtką z napisem Expedition wypływają z portu na rejs na najbardziej niegościnny kontynent Antarktydę. Dziesiątki młodych duchem szukają być może ostatniej przygody. Wcześniej jednak uzbrojeni w canony i nikony przechadzają się po mieście, które wcale nie ma ochoty obudzić się z letragu i zatrzymać ich na dłużej. Niecynamonowe sklepy kuszą plastykowymi pingwinami, kormoranami, kubkami do maté z napisem Ushuaia, przyduże tandetne koszulki żóltymi literami krzyczą End of the World. Kto by się nie skusił? Na witrynach restauracji piecze się cordero pátagonico, półdzika baranina rozkłada się nad skiwerczącym ogniem, by trafić na talerze smakoszy. Wśród siwych mieszkańców zasobnych krajów snują się ich brodaci wnuczkowie, w przydługich włosach i wełnianych czapkach, ciężkich butach z podeszą vibram, bezowocnie szukając taniego wyszynku, żeby napić się szklankę czerwonego Malebeca i podzielić się historiami podróży, wspólnie zaplanować wyjście na pobliski lodowiec.


Na obrzeżach miasta nieśmiało rozrzucone drewniane domy pierwszych kolonizatorów z północy chowają się przed świszczącym wiatrem, trudno im chyba uwierzyć, że spokojna zatoka otoczona groźnymi górami tak się zmieniła. Miasto betonuje coraz bardziej ruchliwe ulice, ludzie stawiają kolejne, coraz straszniejsze maszkary udające domy, centra handlowe, kasyna. Dziwi się stara kolonia, że nikt na nią nie spojrzy, na ich harmonijne dachy domów z niedużym okapem, proste, surowe elewacje, delikatne białe rynny, niewielkie białe okna i ganek. Na niewielki ogród dookoła gdzie właśnie kwitną łupiny.


Lato trwa w najlepsze, niekończące się dni przynoszą do miasta energię na cały rok. Przecież gdy minie już południowe lato, nadejdą długie, ciemne zimy, zasnieżone miasto i skuta lodem zatoka będę mogły wreszcie odetchnąć i wypocząć, nabrać sił na kolejne pracowite dni.















Sunday, 28 June 2015

Sudety.



Lubię kluczyć po wsiach i miasteczkach Dolnego Śląska. Z nostalgią wspominam czasy, gdzie za sto pięćdziesiąt złotych jechaliśmy na tydzień pod namioty, wędrując ze Srebrnej Góry, wielokrotnie gubiąc szlak, za gościnę płacąc borowikami z dębowego lasu, niespodziewane burze i wdzierający się do namiotu deszcz, wyskakujące śledzie, jazdę na stopa z robotnikami- bo tylko jeden autobus jeździł dziennie, świeże bułki o czwartej wypukane w piekarni na rynku w Lądku Zdrój, skręcone kostki, beztroskę, zapach lasu, kolejne szczytowanie, najtańsze piwo- na spółę, nocne pociągi, które wtedy jeszcze robiły tudum-tudum-tudum…Polska przed gwiazdkami na granatowym tle.

Znów zaczarowały Kopalnia w Złotym Stoku, Lądek Zdrój, tym razem udało się zobaczyć część zdrojową i napić mineralnej, buczynowe lasy spowite mgłami, Zygmutnówka, małe barokowe kościoły, spokój i cisza. Uciekli jedynie ludzie. Dokąd? Wyjechali za obietnicą lepszego jutra w Londynie, Hamburgu i Dublinie? Schowali się przed żarem lipcowego słońca? Może przenieśli się do podmiejskich domków z małym ogródkiem, polskiego dream? Wszędzie pizzerie, dobrze, że kebaby i chińczycy nie dotarli, bary mleczne już skutecznie przepędził panoszący się kapitalizm, restauracje-relikty upadły, dzielnie bronią się pijalnie taniego piwa, starsze panie ciągle wyglądają przez okna, ławka przez sklepem zajęta od samego rana, tam można jeszcze dostać śnieżkę, w południe dzwonią na sumę.









Friday, 19 June 2015

KL czyli w Kuala Lumpur


WSTĘPU NIE MA.


Wracam, bez zbędnych komentarzy, wstępów, inwokacji, prologów.


Znów będę kosztować świeżego tuńczyka na małym targu w północnej Hiszpanii, zachwycać się wschodami słońca nad pustynią Negev i zachodami, na wzgórzach wiedeńskich winiarnii, nurkować na Morzu Balisjkim, zabiorę w podróż przez meksykańskie bezkresy, na przechadzkę po Tatrach Zachodnich i Bieszczadach, spływ kajakowy Narwią i na Hel, zimą.


Przeszłość, zaprzeszłość i teraźniejszość będą się mieszać, czasami kontynuować temat, będzie nieliniowo jak u De Landy, płynnie jak u Baumana, oby było dowcipnie jak u noblistki.


Skoro mieszkam znów w Polsce, przynajmniej przez jakiś czas, będzie po polsku. Już jestem mniej oburzony i obrażony na kulturę obrazkową, będzie dużo zdjęć, niektóre ładne.











KUALA LUMPUR


Miasto, metropolia, azjatycki tygrys, maszyna. Wszystko tu miesza się ze wszystkim. Struktura miasta, jego estetyka, świetnie odzwieciedla polikulturę wilonarodościowej Malezji, islamscy malajowie to więkoszść, ale chińscy buddyści i hindusi są widoczni na każdym kroku. Po miesięcznych nie-wakacjach, utrapieniu brudnych i śmierdzących Indii, lądowanie czerwonym samolotem AirAsia, gdzie obłędne stewardesy rozdają podniebne drinki z palemką, na Klia2 należało do największych przyjemności. Błyskawiczny przejazd jasnym, superszybkim, czystym pociągiem, na stale podłączonym do darmowego i bezprzewodowego internetu ucieszył mnie jak nigdy dotąd. Podczas pierwszej przejażdżki przez drogowe spaghetti i betonowe ślimaki miasto witało mnie szpicami lśniących wieży i lasem żurawi. Z balkonu rozpozcierał się widok usypiające miasto.


Po porannej podróży klimatyzowanym wagonem metra, wysiadłem na KL Sentral - niby to stacja kolejowa, a jednak mall. Kiedyś przewidział to Remment Koolhaas, w pas mu się kłaniać należy. Jakość przestrzeni publicznej jest właśnie na poziomie kilkuletniego mallu, takich Złotych Tarasów, przaśnych i zachwycających gawiedź. Bałaganiarskie detale architektoniczne, gzymski, kolumienki raz korynckie, raz grecko-rzymskie, innym razem stalowo-gipsowe cieszą niejedno oko; ruchome chodniki, labirynty schodów elektrycznych, kurtyny powietrzne, marmury i granity, bezszelestne windy, podtrzymjąca przy życiu niezawodna klimatyzacja o temperaturze Helsinek wczesną wiosną, przypominają nam, że Malezja to kraj nowoczesny i bogaty. Poziom kosumpcjonizmu i blichtru równy wysokości Petronas Towers, wszędzie te gabbany, chanele, korsy, prady, strabucksy, coca-cole, kfc… na sam koniec Złote Łuki, dziękuję, że wreszcie mają mięso a nie jakieś tofu czy grillowany ser. Obywatel plug-in to ja.
Wystaczy jednak tylko wyjść na ulicę i poczuć zapach/smród curry i durianu, woń dalekowschodnich potraw, wypić orzeźwiającą herbatę zieloną podawaną w małych, porcelanowych filiżaneczuszkach, zobaczyć malajskie muzułmanki ubrane w wielokolorowe, wzorzyste, różowo-żólto-niebiesko-w-pepitkę abaje, więkoszość głowę okrywa złoto-srebrno-w-paski nikabem, na ramieniu torebki z dużym znanym logo, obok gdzieś siedzą prawie półnagie nastoletki pochodzenia chińskiego i wymachują wielkoekranowym smartphonem. Cały ten balet odbywa się na tle architektonicznej, fascynującej kakofonii, tu postmodernizm, tu prawie-modernizm, tam szklane wieżowce, gdzieś wiszą kable, wstydliwe świadki później elektryfikacji, nowoczesny meczet, detale arabskie, kopułki. Bezkresny pluralizm architektoniczny.
Krążąć po mieście, które lekcje odrabiało chyba w Los Angeles, szukając niespodziewanie kończących się chodników, wreszcie zdałem sobie sprawę z tego skąd przyleciałem - największej demokracji świata. Indie zacząłem wreszcie doceniać, ale za to co niematerialne, pewnie łątwiej z daleka. To co Tutaj trzeba przetrzymać, to tylko w chwila w perspektywie wieczności, ziemski padół. Może to i bajka, utopijny sen marzyciela, ale hindusi myślą o wartościach niematerialnych: religii, rodzinie, szczęściu… nawet nie umiem ich wymienić, zepsuty (lol) przez zachodnio-imperialistyczny świat.  Bo czy najwyższym osiągnieciem naszej cywilizacji jest mieć? Szybki samochód, duży wygodny dom, markowe ciuchy? Może warto raczej być, dla siebie i innych? Takie rozmyślenia nagrałem na mój telefon i właśnie je odsłuchuję. Lekcję o Indiach odrobiłem dopiero w Malezji.


Kończę refleksyjnie, bo przecież podróże kształcą :)










Friday, 31 October 2014

see you soon/ do zobaczenia

So,  I am suspending my blog for a while.
It's been amazing and great 7 years :)

I am looking for a new format for niekoniecznie and travelling more than ever.

Follow me on instagram : adi_ponton :)

Cheers from BKK :)



Po siedmiu latach zawieszam bloga.  Teksty o miejscach,  które odwiedziłem są zdecydowanie zbyt miałkie i powierzchowne,  w biegu nie mam czasu na przyzwoitą analizę i przemyślenia. Do reportażu mi daleko, a do mistrzów- Herberta,  Kapuścińskiego czy Podsiały jeszcze dalej. Nie bez przyczyny wymieniam tu polskich twórców- pisanie w obcym języku często jest pokraczne i nienaturalne i nie chodzi tu tylko o język, ale czytelników globalnych,  z którymi nie zawsze dzielę podobne doświadczenia czy wzorce kulturowe.
Kiedy zaczynałem niewiele osób pisało blogi po polsku,  dziś jest w czym przebierać.
Ciągle mam wiele historii do opowiedzenia,  nieskończone opowieści, historie i powiastki o Meksyku, a teraz sporo o Azji. Czeka tekst o malarstwie Marwara vs. Boscha czy o bezszelestnych ludziach z Ladakh...
Dziesiątki tysięcy ( ca. 215 000) zdjęć do przejrzenia i wybrania tych najlepszych.

Brakuje też czasu- pewnie nie tylko mnie.

Póki co zapraszam na instagram ( bo to takie latwe, proste i bezrefleksji,  że mogę prostować jedną ręką a drugą grać choćby na pianinie). Szukajcie mnie pod nickiem adi_ponton.

Przeczytano mnie 69 567 razy.

Wrócę w nowej wersji:)

Pozdrawiam z Bangkoku, gdzie głową pęka od tematów.





Tuesday, 2 September 2014

Day Twentyseven/ Dzień Dwudziestysiódmy


 
source: http://imgur.com/a/Z2zOn


Day Twentyseven/Km 2786 /Taj Mahal


When I was planning my trip to India I wasn't very keen on going to The Taj Mahal, everyone has been there, there are so many pictures, it cannot be that amazing. The Modern Wonder of The World, great I thought, once again a modern world product with great PR, like mexican Chichen Itza. Being here for a month made me think differently...

When you travel you visit, you do sightseeing, mostly. Coloseum, Louvre, Eiffel Tower, a glass of wine in Rioja, bacalao in Porto maybe lucha libre in Mexico City. You might want to use the same pattern for India, of course it is possible you rent an A/C car with a driver who will take you from one place to another, then to your five-star hotel with white and clean table cloths, shining cutlery and amazing punjabi food, but you will not see India at all. Travelling here is rather a struggle, heat, omnipresent odour and noise, dump on every street, no sidewalks, semi-wild cows, traffic, always delayed trains, dirt everywhere. Travel to India will not be a travel to know your second ego or any spiritual bullshit, it is to understand problems of modern world, third world.

Poverty and wretchedness are running here an experiment how far can a human fall, what are the limits of survival, how to dehumanize one? Malaria, dengue, typhilis, cholera are checking how strong is a human body? Can I mutate and kill? Corruption and rapacity try how far can one move? If I have more kids and I break their hand or legs, how much money can they beg? How much will my daughter on the black market cost? Is it enough to buy a cow or goat?

The Secretary of Tourism promotes India with a slogan Incredible India. Probably eighty years ago travel here must have been the romantic one, thousands of colours, new smells, amazing fortresses, palaces, temples, beautiful people and landscapes. Today it is rather an incredible example how can one survive and remind us how lucky we are. After a time spent in India a proper holidays are needed, the one with white sand, turquoise water and palm trees.
Getting back to The Taj, it is worth seeing, maybe not for the great architecture and white marble domes or semi-precious stones, but to look around and see the contrast, just on the other side of the river or by the entrance gate, slums is growing rapidly, barefoot kids are selling whatever they can or beg for food, old, homeless people are dying on the sidewalk hoping for a better afterlife.


Dzień Dwudziestysiódmy/Km 2786/ Taj Mahal


Kiedy pierwszy raz myślałem o podróży do Indii nie chciałem jechać do Taj Mahal, bo to przecież takie obfotografowane, znane, z pewnością nie jest warte pojechania, mówią, że kolejny Cud Świata, że... jestem przecież mądrzejszy i się nie znają, że w Meksyku Chichen Itza wcale nie jest najlepszym zabytkiem i w ogóle. Po krótkim czasie spędzonym tutaj zacząłem powoli rozumieć Indie i sens tej podróży.

W podróżowaniu często chodzi o zwiedzanie, kolejny kościół, świątynia, zamek, stare miasto, muzem, rembranty, vermery, picassa, zimne Orvieto, bacalo w Porto, flamenco w Sevilli. Do Indii nie jedziemy zwiedzać, jeśli niektórzy mają jakieś mylne wrażenie, zapewniam że nie. Podróżowanie po tym kraju to udręka, gorąc, smród i hałas, nic przyjemnego. Mistycyzm i religia są tak codzienne, że po kilku dniach nie dostrzegane, bezczelne naciąganie białych turystów z początku zabawne i dowcipne po chwili denerwuje i doskwiera, brudne, zasrane dworce kolejowe są wielkim placem zabaw dla szczurów. Podróż do Indii to też nie podróż duchowa, do własnego wnętrza, odkrycia swojego drugiego ja i innych, przepraszam pierdół, to przede wszystkim próba zrozumienia tego ogromnego kraju, ale i współczesności. My Europejczycy nie jesteśmy już w większości, jest nas zaledwie garstka. Prawie połowa ludzkości, żyje poniżej progu biedy. To miejsce aby zrozumieć współczesny Świat, który boryka się z tyloma problemami, że trudno nam sobie je wyobrazić.

Bieda i nędza przeprowadzają tu eksperyment na ponad milardowej populacji, sprawdzając jak nisko może upaść człowiek, w jak mizernych i skandalicznych warunkach może żyć i przeżyć, do czego może się posunąć i jak bardzo odczłowieczyć. Czerwonka, malaria, denga, dur brzuszny sprawdzają jak silny jest ludzki organizm, jak szybko można zabić. Korupcja i chytrość sprawdza jak nisko może upaść człowiek dla pieniędzy, jeśli moja żona urodzi więcej dzieci i połamie im ręce i nogi, wybiję oko, o ile się wzbogacę? Jeśli sprzedam swoją córkę, ile pieniędzy za to dostanę? Starczy na krowę czy tylko na kozę? Polityk, pan, możnowładca sprzedając święte jezioro liczy jedynie słupki, zagraniczny kapitał szuka i sprawdza jak zrobić na tym pieniądze.

Ministerstwo Turystyki promuje Indie hasłem Incredible India, czyli Niezwykłe Indie. Pewnie kiedyś, podróże do Indii były romantyczne, takie jak nam się marzą, nowe zapachy, kolory, smaki, inna religia, wspaniałe pałace, forty i świątynie. Dziś ta niezwykłość poleca raczej na docenieniu tego co mamy, wspaniałej przyrody, stosunkowo dobrze działających miast i dobrego miejsca do życie. Po podróży po Indiach bezwzględnie potrzebne jest miejsce absolutnie piękne, aż tandetnie, biały piasek, lekko pochylające się palmy, turkusowa woda, żeby odpocząć.

A wracają do Taj Mahalu, trzeba go zobaczyć, nie dlatego, że się komuś podoba lub nie, że zbudowany jest z białego marmuru i wysadzany półszlachetymi kamieniami, ale raczej dlatego, żeby spojrzeć za mur lub na drugi brzeg rzeki Jamuna i zobaczyć kontrast bogactwa i biedy, ledwo skleconych z folii, kilku szmat, starych opon domów, bosych, głodnych dzieci czy bezdomnych starców, czekających na śmierć, w nadziei na lepsze życie w kolejnym wcieleniu.
Warto pojechać i zobaczyć Taj Mahal, ale rozejrzeć się dookoła i nie chować wzroku przed biedą i nędzą.

 

Friday, 29 August 2014

Day Eighteen-Nineteen/Dzień Osiemnasty i Dziewiętnasty



Day 18-19/Km 1667-2114/Manali-Leh


There are two ways to get to Ladakh, one goes through Kashmir, passing just few miles away from the border with Pakistan and Afghanistan. Even though everyone says it is safe I wouldn't be that convinced – they are finally fighting in the name of a Great Muslim State.
The northbound route is open just few months- regularly mid-June to mid-September, but it all depends on weather condition, rainfall and who knows what else. It goes through numerous high-altitude passes- here I mean over five thousand meters high. After crossing Rothang Pass, which is often closed due to landslides or traffic-jammed by ones trying to see some snow or do paragliding, there is only one town on the way- Keylong. There most of the buses and jeeps stops, few kilometers the road starts to climb and there is no place where one can rest and literally respire. On the way there are few parachute cafes where you can have a decent stop on the very long and bumpy way. Once you see first stupas, white colour buddhism chapel, you are close to Leh.












Dzień 18-19/Km 1667-2114/Manali-Leh


Nie jest tak łatwo dostać się do Leh. Pierwsza z dróg prowadzi tuż pod granicą z Pakistanem i Afganistanem, przez sporne terytorium Kaszmiru, usiana jest licznymi posterunkami i koszarami wojskowym, a tu i ówdzie stoją ukryte wyrzutnie rakiet. Druga droga, północna, otwarta jedynie trzy miesiące w roku, prowadzi przez wysokie przełęcze i szerokie doliny rzeczne, czasami urywa się, przy większych deszczach trzeba przejeżdżać przez rwące potoki czy wodospady. Na prawie pięćset kilometrowej trasie znajduje się tylko jedno miasto -Keylong, które raczej wygląda jak przypadkowa zbieranina drobnych handlarzy.
Najczęściej wszyscy pokonują drogę zatrzymując się na noc w nim lub w jednym z kilku pobliskich obozowisk. Kierowca uprzedza nas, że pierwszego dnia możemy jednak przejechać niewiele ponad sto kilometrów, ponieważ dalej zaczynają się wysokie przełęcze sięgające pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza, a tam nocleg, z powodu braku tlenu, nie jest możliwy.
Krajobraz zmienią się powoli, zielone wzgórza i lasy znikają powoli a zastępuje je niska roślinność aż zamieni się w suchą, kamienną i nieprzyjazną pustynię. Podróż trwa dwa dni, białe buddyjskie stupy przydrożne sygnalizują koniec długiej podróży do Leh.






 

Thursday, 28 August 2014



Day Fifteen/Km 1667/ Manali   

Manali has always been a south gate to Himalaya, infamously unpredicatble Rothang Pass protects unwanted from the far-away Ladakh Kingdom, Tibet and Nepal. As a stop before long and dangerouse journey it hosted travellers.
It is said that for foreginers Manali has been discovered by Israeli about fifty years ago. Exciled from unhospitable homelands of East Carpathian they must have been looking for similar ladscapes - the Golan Hills were still under dipute between. Green hills, untouched pine trees forest, cold streams and rivers, waterfalls remembers Galicia though everything there is higher, greater and more spaciouse. Today Manali is packed with Isreali from the youngest one to the eldery, many shop signs are written in jewish, you will meet them dancing, as they dance at Shabat Shalom on the Friday evening next by the Western Wall, smoking nargila in hundrets of bars in Vashisht overlooking the valley, barganing for the pashmina and yak shawls in dozen of shops and market in Manali and Old Manali.



Dzień Piętnasty/Km 1667/Manali

Manali od wieków było ostatnią osadą przed wielkimi Himalajami, ostatnim przystankiem przed przeprawą przez Przełęcz Rothang, przed długą i niebezpieczną wspinaczką na prawie czterotysięczną granicę pomiędzy zieloną krainą Himachal a królestwem Ladakh.
Miejscowi podkreślają, że Manali dla turystów zostało odkryte przez Izraelczyków, mniej więcej jakieś pięćdziesiąt lat temu. Ci którzy przetrwali wojnę, wygnani z niegościnnych radzieckich Karpat szukali krajobrazów lat młodości, sosnowych lasów, zimnych i rwących strumieni, głośnych wodospadów, małych drewnianych wiosek rozsianych wśród gór. Przedgórze Himalajskie przypomina dawną Galicję, jednak wszystko jest tutaj jakieś większe, góry wyższe, rzeki szersze, potoki bardziej rwące.


traffic jam to Rothan Pass/korek do Przełęczy Rothan


Saturday, 16 August 2014

Day Eleven/Dzień Jedenasty


Day Eleven/Km 1358/ Chandigarh
Aparently India can be well organized and clean.
It has started in 1947 when India and Pakistan got Independence, north states and nation of Punajb and Haryana needed a new capital. A team of american architects got invited to design a new town close to the village where Chandi was worshipped, apparently they couldn't fullfill the expectation of authorities. Le Corbusier got the call.

One of the greatest architects of all the time, the one that has changed thinking about architecture, moved it foreword, worshipped by the students got a new amazing task to built a new capital city in India. This was a great chance to prove all his statments.
When I got to the old train station, outside of the town, it was messy as everywhere in India, but then one we enter a perfect Grid it all got overorganized. Clean wide streets with bus lanes, divided by a green line, lawns with line of trees, sidewalk and bikepath, where in India mostly you would have a general line for all kind of transport.

 All the city is divided into numerous sectors, 800x1200m, each sector in subsectors. Sector 17, called a city center, is conformed by a great concrete square surrounded by numerous shops, cinema and one restaurant, in Sector 43 we will find bus station, sector 9 is for local goverment while sector 1, of course, is for the state goverment, there is one with hotels only, one with museums...City Zoning was not our favourite. Sixiteis Utopia thinking left us without water and food for couple of hours, finally we found some illegal food stalls where we could buy some water, but it was madness. Great experience to get convinced myself once again that city zoning is just a mistake.

The city was built following four principles Circulation, Working, Living and Care of Body and Spirit. Considering this rules Le Corbusier proposed a linear park along the river that was crossing the city south-west to north east, finishing in the Capitol Complex.
Sector 1 as I wrote was built for a new goverment of two states, it was the next Corbusier's great manifest. Three building got situated in a great garden- over the years and due to security they got divded now. Secretariat is a massive, ten floor, grey, concrete building which fulfills some of his Five Points, like an amazing roof garden which overviews the building of High Court and the Assemblies of Punjab and Hayrana. The super concrete building of Assembly gives you the feeling that you are in the goverment building, dimmed light comes only through small horizontal windows, great concrete ramp leads to The Assembly Hall, great parabolic-like structure.
I went to Chandigarh full of curiosity if the city can be founded in the middle of nowhere, if one person can build it, if it works. I must admit I am pretty amazed by the worked of the great Le Corbusier, he proves that India can be a clean and organized country, maybe sometimes overbureaucratic. A great lesson!







Dzień Jedynasty/Km 1358/Chandigarh

Wszystko zacząło się w 1947, kiedy Indie i Pakistan wywalczyły niepodległość, północne stany Punjab i Haryana potrzebowały nowej stolicy. Rząd zdecydował aby zaprosić do współpracy zespół amerykańskich architektów, wśród których był urodzony w Warszawie Matthew Nowicki, niestety nie sporostali oni wymaganiom ówczesnego rządu. Telefon zadzwonił w pracowni Corbusiera.
Jeden z największych i najważniejszych architektów był już wtedy bardzo rozpoznawalny, jego teorie i czasami kontrowersyjne projekty budziły dyskusję w architektonicznym świecie. Taka propozycja była świetnym sposobem na udowodnienie jego radykalnych teorii i wybudowaniu całkowicie modernistycznego miasta, począwszy od planu aż po budynki.

Kiedy wysiadłem na starym dworcu kolejowym, wyglądał dużo lepiej niż inne w tym kraju, dość czysty, dużo ławek z nierdzewnej stali, brak nieznośnego smrodu i jakiś ogólny porządek zapowiadał już, że jestem w innych Indiach. Przekonałem się już jadąc do hotelu w Sektorze 23. Szerokie aleje, z wydzielonymi bus pasami, odziela pas zieleni, krótko wystrzyżone i zadbane trawniki ocienia szpaler wysokich drzew a za nim oprócz zadbanego chodnika ścieżka rowerowa - modelowy przekrój ulicy, nawet dla współczesnego miasta. Zatoczki wjazdowe, za nimi parking przed budynkami, wszystko świetnie oznaczone i przestrzegane. Od razu mogłem odetchnąć spokojnie, nie będzie rozczarowania, praca mistrza doskonale ułożyła indyjskie społeczeństwo.
Miasto zostało podzielone na wilelkie sektory, każdy mierzy 800 na 1200 metrów, podzielone na mniejsze części wewnętrznymi ulicami, do każdego z nich można dostać się jedynie przez jedną z czterach ulic wjazdowych. Sektor 17, to centrum miasta. Trochę bezduszny, betonowy plac, otoczony setkami sklepów (kolorowy krzyk reklam i szyldów przypomina nam, że jesteśmy w Indiach) pełen jest ludzi, słychać gwar i śmiech, Sektor 43 to dworzec autobusowy, Sektor 9 mieści instytucje miejskie- policję, urząd miasta. Sektor 1 zwany Capitol Complex to popisowe dzieło Le Corbusiera- Zgromadzenia Punjabu i Haryany, Sąd Najwyższy oraz kafkowski Sekretariat.

Kafkowski? Żeby wejść i zwiedzić budynki Le Corbusiera zostaliśmy wciągnięci w biurokratyczną maszynę Chandigarhu. Po tym jak pierwsza policjantka odesłała nas do okienka z przepustkami, tam dali nam adres gdzie możemy uzyskać przepustkę, na recepcji panie wysłały nas do infromacji, infromacja do Urzędu Turystyki, ten po wnikliwym sprawdzeniu paszportów i spisaniu wszystkich danych dał nam, jakby się wydawało przepustki. Wróciliśmy do okienka, tam po kolejnym sprawdzeniu paszportów, zrobieniu zdjęć, dali nam kolejną przepustkę, pani (ta co nas odesłała na samym początku) zaprowadziła nas do kolejnego funkcjonariusza, ten zabrał na, omijając główną kontrolę, do pokoju kontrolnego, tam (to jest już krok siódmy) kolejny, wyższy stopniem oficer wziął od nas paszporty i wystawił kolejną przepustkę, wraz z jego podwładnym udaliśmy się do kontroli, którą minęliśmy, potem pojechaliśmy na szóste piętro, tam w pokoju pełnym biurek i papierów, otrzymaliśmy kolejną przepustkę (krok dziewiąty, minuta 82).

Widok z dachu szarego, betonowego Sekretariatu był imponujący, w oddali góry, przed nimi regularna siatka miasta z drugiej strony budynki sądu i parlamentów. Budynek wypełniał przynajmniej dwa z pięciu corbusierowskich punktów zasad budowania budynków. Parlament dawał wrażenie potężnej i władczej instytucji, pośrednie światło wpadające do głównego hallu nadawało wnętrzu specyficznego klimatu, sama sala obrad przykryta parabolicznym kominem była spokojna i bardzo przestrzenna.

Pojechałem do Chandigarh jako architekt, student wielkiego mistrza, pełen obaw, że nasza europejska architektura nie jest w stanie zrozumieć indyjskiej myśli, temperamentu, sposobu życia, że miasto zostało zniszczone. Okazało się odwrotnie nasza przewaga cywilizacyjna w budowaniu miast pozwoliła zbudować strukturę czystą, zorganizowaną i łatwą w zarządzaniu, być może zbyt uporządkowaną. Trudno zgodzić się ze strefowaniem miasta-na części handlowe, pracy, mieszkania, urzędowe. Chandigarh wywiera wrażenie chyba na każdym, nie tylko architekcie i jest obowiązkowym punktem podczas wizyty w Indiach, nie ze względu na budynki, ale na eksperyment socjologiczny, który tam się odbył i odbywa, żeby zrozumieć te kraj lepiej.





Friday, 15 August 2014

Day Nine/Dzień Dziewiąty




Day 009/Km 625/ Mandore
Mandore once used to be a fairytale kingdom, today far away from toursitic routes ex-Marwara capital invites to lush and beautiful gardens. Amongs the think greenery, protected by a fort and high city walls form north we visit well conserved complex of temples and tombs, a palace and quite small but charming Arc du Truimphe. 

Hindi temple impress detail, known for us from baroque churches, richly decorated columns, pilasters, tymphanons...actually one can say that entire architecture dictionary could be found there. 








Dzień 009/Km 625/ Mandore
Mandore, położona zaledwie dziesięć kilometrów od Jodhpuru, była kiedyś stolicą potężnego królestwa Marwara. Dziś, na uboczy głównych turystycznych tras, nieśmiało zaprasza do swoich soczystych ogródów. Wśród bujnej zieleni, za wysokimi murami od północy, czekają na nas zespół świątyń i grobowców, fort i skromny łuk triumfalny. Wszystko  w kolorze gorej ochry, pewnie tu nazywają go curry. Między świątyniami, we wschodniej części ogrodu biegają wielkie, zwinne i wydaje się, że dość agresywne małpy. 

Hinduistyczne świątynie zachwycają detalem znanym nam w Europie dopiero z barokowych kościołów, bogato rzeźbione kolumny, pilastry, tympanony... właściwie cały nasz słownik architektury wzbogacony o miejscową tradycję, ornamenty, wzory. 
Największa z świątyń zachwyca przysadzistą, bardzo bogato zdobioną portykiem z kolumnadą, strzelistym, tarasowatym dachem, spiralnym sklepieniem nad częścią centralną... i te słonie, te słonie w narożnikach utwierdzają nas w przekonaniu, że jesteśmy w kraju Ganesha.