Friday 29 August 2014

Day Eighteen-Nineteen/Dzień Osiemnasty i Dziewiętnasty



Day 18-19/Km 1667-2114/Manali-Leh


There are two ways to get to Ladakh, one goes through Kashmir, passing just few miles away from the border with Pakistan and Afghanistan. Even though everyone says it is safe I wouldn't be that convinced – they are finally fighting in the name of a Great Muslim State.
The northbound route is open just few months- regularly mid-June to mid-September, but it all depends on weather condition, rainfall and who knows what else. It goes through numerous high-altitude passes- here I mean over five thousand meters high. After crossing Rothang Pass, which is often closed due to landslides or traffic-jammed by ones trying to see some snow or do paragliding, there is only one town on the way- Keylong. There most of the buses and jeeps stops, few kilometers the road starts to climb and there is no place where one can rest and literally respire. On the way there are few parachute cafes where you can have a decent stop on the very long and bumpy way. Once you see first stupas, white colour buddhism chapel, you are close to Leh.












Dzień 18-19/Km 1667-2114/Manali-Leh


Nie jest tak łatwo dostać się do Leh. Pierwsza z dróg prowadzi tuż pod granicą z Pakistanem i Afganistanem, przez sporne terytorium Kaszmiru, usiana jest licznymi posterunkami i koszarami wojskowym, a tu i ówdzie stoją ukryte wyrzutnie rakiet. Druga droga, północna, otwarta jedynie trzy miesiące w roku, prowadzi przez wysokie przełęcze i szerokie doliny rzeczne, czasami urywa się, przy większych deszczach trzeba przejeżdżać przez rwące potoki czy wodospady. Na prawie pięćset kilometrowej trasie znajduje się tylko jedno miasto -Keylong, które raczej wygląda jak przypadkowa zbieranina drobnych handlarzy.
Najczęściej wszyscy pokonują drogę zatrzymując się na noc w nim lub w jednym z kilku pobliskich obozowisk. Kierowca uprzedza nas, że pierwszego dnia możemy jednak przejechać niewiele ponad sto kilometrów, ponieważ dalej zaczynają się wysokie przełęcze sięgające pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza, a tam nocleg, z powodu braku tlenu, nie jest możliwy.
Krajobraz zmienią się powoli, zielone wzgórza i lasy znikają powoli a zastępuje je niska roślinność aż zamieni się w suchą, kamienną i nieprzyjazną pustynię. Podróż trwa dwa dni, białe buddyjskie stupy przydrożne sygnalizują koniec długiej podróży do Leh.






 

Thursday 28 August 2014



Day Fifteen/Km 1667/ Manali   

Manali has always been a south gate to Himalaya, infamously unpredicatble Rothang Pass protects unwanted from the far-away Ladakh Kingdom, Tibet and Nepal. As a stop before long and dangerouse journey it hosted travellers.
It is said that for foreginers Manali has been discovered by Israeli about fifty years ago. Exciled from unhospitable homelands of East Carpathian they must have been looking for similar ladscapes - the Golan Hills were still under dipute between. Green hills, untouched pine trees forest, cold streams and rivers, waterfalls remembers Galicia though everything there is higher, greater and more spaciouse. Today Manali is packed with Isreali from the youngest one to the eldery, many shop signs are written in jewish, you will meet them dancing, as they dance at Shabat Shalom on the Friday evening next by the Western Wall, smoking nargila in hundrets of bars in Vashisht overlooking the valley, barganing for the pashmina and yak shawls in dozen of shops and market in Manali and Old Manali.



Dzień Piętnasty/Km 1667/Manali

Manali od wieków było ostatnią osadą przed wielkimi Himalajami, ostatnim przystankiem przed przeprawą przez Przełęcz Rothang, przed długą i niebezpieczną wspinaczką na prawie czterotysięczną granicę pomiędzy zieloną krainą Himachal a królestwem Ladakh.
Miejscowi podkreślają, że Manali dla turystów zostało odkryte przez Izraelczyków, mniej więcej jakieś pięćdziesiąt lat temu. Ci którzy przetrwali wojnę, wygnani z niegościnnych radzieckich Karpat szukali krajobrazów lat młodości, sosnowych lasów, zimnych i rwących strumieni, głośnych wodospadów, małych drewnianych wiosek rozsianych wśród gór. Przedgórze Himalajskie przypomina dawną Galicję, jednak wszystko jest tutaj jakieś większe, góry wyższe, rzeki szersze, potoki bardziej rwące.


traffic jam to Rothan Pass/korek do Przełęczy Rothan


Saturday 16 August 2014

Day Eleven/Dzień Jedenasty


Day Eleven/Km 1358/ Chandigarh
Aparently India can be well organized and clean.
It has started in 1947 when India and Pakistan got Independence, north states and nation of Punajb and Haryana needed a new capital. A team of american architects got invited to design a new town close to the village where Chandi was worshipped, apparently they couldn't fullfill the expectation of authorities. Le Corbusier got the call.

One of the greatest architects of all the time, the one that has changed thinking about architecture, moved it foreword, worshipped by the students got a new amazing task to built a new capital city in India. This was a great chance to prove all his statments.
When I got to the old train station, outside of the town, it was messy as everywhere in India, but then one we enter a perfect Grid it all got overorganized. Clean wide streets with bus lanes, divided by a green line, lawns with line of trees, sidewalk and bikepath, where in India mostly you would have a general line for all kind of transport.

 All the city is divided into numerous sectors, 800x1200m, each sector in subsectors. Sector 17, called a city center, is conformed by a great concrete square surrounded by numerous shops, cinema and one restaurant, in Sector 43 we will find bus station, sector 9 is for local goverment while sector 1, of course, is for the state goverment, there is one with hotels only, one with museums...City Zoning was not our favourite. Sixiteis Utopia thinking left us without water and food for couple of hours, finally we found some illegal food stalls where we could buy some water, but it was madness. Great experience to get convinced myself once again that city zoning is just a mistake.

The city was built following four principles Circulation, Working, Living and Care of Body and Spirit. Considering this rules Le Corbusier proposed a linear park along the river that was crossing the city south-west to north east, finishing in the Capitol Complex.
Sector 1 as I wrote was built for a new goverment of two states, it was the next Corbusier's great manifest. Three building got situated in a great garden- over the years and due to security they got divded now. Secretariat is a massive, ten floor, grey, concrete building which fulfills some of his Five Points, like an amazing roof garden which overviews the building of High Court and the Assemblies of Punjab and Hayrana. The super concrete building of Assembly gives you the feeling that you are in the goverment building, dimmed light comes only through small horizontal windows, great concrete ramp leads to The Assembly Hall, great parabolic-like structure.
I went to Chandigarh full of curiosity if the city can be founded in the middle of nowhere, if one person can build it, if it works. I must admit I am pretty amazed by the worked of the great Le Corbusier, he proves that India can be a clean and organized country, maybe sometimes overbureaucratic. A great lesson!







Dzień Jedynasty/Km 1358/Chandigarh

Wszystko zacząło się w 1947, kiedy Indie i Pakistan wywalczyły niepodległość, północne stany Punjab i Haryana potrzebowały nowej stolicy. Rząd zdecydował aby zaprosić do współpracy zespół amerykańskich architektów, wśród których był urodzony w Warszawie Matthew Nowicki, niestety nie sporostali oni wymaganiom ówczesnego rządu. Telefon zadzwonił w pracowni Corbusiera.
Jeden z największych i najważniejszych architektów był już wtedy bardzo rozpoznawalny, jego teorie i czasami kontrowersyjne projekty budziły dyskusję w architektonicznym świecie. Taka propozycja była świetnym sposobem na udowodnienie jego radykalnych teorii i wybudowaniu całkowicie modernistycznego miasta, począwszy od planu aż po budynki.

Kiedy wysiadłem na starym dworcu kolejowym, wyglądał dużo lepiej niż inne w tym kraju, dość czysty, dużo ławek z nierdzewnej stali, brak nieznośnego smrodu i jakiś ogólny porządek zapowiadał już, że jestem w innych Indiach. Przekonałem się już jadąc do hotelu w Sektorze 23. Szerokie aleje, z wydzielonymi bus pasami, odziela pas zieleni, krótko wystrzyżone i zadbane trawniki ocienia szpaler wysokich drzew a za nim oprócz zadbanego chodnika ścieżka rowerowa - modelowy przekrój ulicy, nawet dla współczesnego miasta. Zatoczki wjazdowe, za nimi parking przed budynkami, wszystko świetnie oznaczone i przestrzegane. Od razu mogłem odetchnąć spokojnie, nie będzie rozczarowania, praca mistrza doskonale ułożyła indyjskie społeczeństwo.
Miasto zostało podzielone na wilelkie sektory, każdy mierzy 800 na 1200 metrów, podzielone na mniejsze części wewnętrznymi ulicami, do każdego z nich można dostać się jedynie przez jedną z czterach ulic wjazdowych. Sektor 17, to centrum miasta. Trochę bezduszny, betonowy plac, otoczony setkami sklepów (kolorowy krzyk reklam i szyldów przypomina nam, że jesteśmy w Indiach) pełen jest ludzi, słychać gwar i śmiech, Sektor 43 to dworzec autobusowy, Sektor 9 mieści instytucje miejskie- policję, urząd miasta. Sektor 1 zwany Capitol Complex to popisowe dzieło Le Corbusiera- Zgromadzenia Punjabu i Haryany, Sąd Najwyższy oraz kafkowski Sekretariat.

Kafkowski? Żeby wejść i zwiedzić budynki Le Corbusiera zostaliśmy wciągnięci w biurokratyczną maszynę Chandigarhu. Po tym jak pierwsza policjantka odesłała nas do okienka z przepustkami, tam dali nam adres gdzie możemy uzyskać przepustkę, na recepcji panie wysłały nas do infromacji, infromacja do Urzędu Turystyki, ten po wnikliwym sprawdzeniu paszportów i spisaniu wszystkich danych dał nam, jakby się wydawało przepustki. Wróciliśmy do okienka, tam po kolejnym sprawdzeniu paszportów, zrobieniu zdjęć, dali nam kolejną przepustkę, pani (ta co nas odesłała na samym początku) zaprowadziła nas do kolejnego funkcjonariusza, ten zabrał na, omijając główną kontrolę, do pokoju kontrolnego, tam (to jest już krok siódmy) kolejny, wyższy stopniem oficer wziął od nas paszporty i wystawił kolejną przepustkę, wraz z jego podwładnym udaliśmy się do kontroli, którą minęliśmy, potem pojechaliśmy na szóste piętro, tam w pokoju pełnym biurek i papierów, otrzymaliśmy kolejną przepustkę (krok dziewiąty, minuta 82).

Widok z dachu szarego, betonowego Sekretariatu był imponujący, w oddali góry, przed nimi regularna siatka miasta z drugiej strony budynki sądu i parlamentów. Budynek wypełniał przynajmniej dwa z pięciu corbusierowskich punktów zasad budowania budynków. Parlament dawał wrażenie potężnej i władczej instytucji, pośrednie światło wpadające do głównego hallu nadawało wnętrzu specyficznego klimatu, sama sala obrad przykryta parabolicznym kominem była spokojna i bardzo przestrzenna.

Pojechałem do Chandigarh jako architekt, student wielkiego mistrza, pełen obaw, że nasza europejska architektura nie jest w stanie zrozumieć indyjskiej myśli, temperamentu, sposobu życia, że miasto zostało zniszczone. Okazało się odwrotnie nasza przewaga cywilizacyjna w budowaniu miast pozwoliła zbudować strukturę czystą, zorganizowaną i łatwą w zarządzaniu, być może zbyt uporządkowaną. Trudno zgodzić się ze strefowaniem miasta-na części handlowe, pracy, mieszkania, urzędowe. Chandigarh wywiera wrażenie chyba na każdym, nie tylko architekcie i jest obowiązkowym punktem podczas wizyty w Indiach, nie ze względu na budynki, ale na eksperyment socjologiczny, który tam się odbył i odbywa, żeby zrozumieć te kraj lepiej.





Friday 15 August 2014

Day Nine/Dzień Dziewiąty




Day 009/Km 625/ Mandore
Mandore once used to be a fairytale kingdom, today far away from toursitic routes ex-Marwara capital invites to lush and beautiful gardens. Amongs the think greenery, protected by a fort and high city walls form north we visit well conserved complex of temples and tombs, a palace and quite small but charming Arc du Truimphe. 

Hindi temple impress detail, known for us from baroque churches, richly decorated columns, pilasters, tymphanons...actually one can say that entire architecture dictionary could be found there. 








Dzień 009/Km 625/ Mandore
Mandore, położona zaledwie dziesięć kilometrów od Jodhpuru, była kiedyś stolicą potężnego królestwa Marwara. Dziś, na uboczy głównych turystycznych tras, nieśmiało zaprasza do swoich soczystych ogródów. Wśród bujnej zieleni, za wysokimi murami od północy, czekają na nas zespół świątyń i grobowców, fort i skromny łuk triumfalny. Wszystko  w kolorze gorej ochry, pewnie tu nazywają go curry. Między świątyniami, we wschodniej części ogrodu biegają wielkie, zwinne i wydaje się, że dość agresywne małpy. 

Hinduistyczne świątynie zachwycają detalem znanym nam w Europie dopiero z barokowych kościołów, bogato rzeźbione kolumny, pilastry, tympanony... właściwie cały nasz słownik architektury wzbogacony o miejscową tradycję, ornamenty, wzory. 
Największa z świątyń zachwyca przysadzistą, bardzo bogato zdobioną portykiem z kolumnadą, strzelistym, tarasowatym dachem, spiralnym sklepieniem nad częścią centralną... i te słonie, te słonie w narożnikach utwierdzają nas w przekonaniu, że jesteśmy w kraju Ganesha.





Wednesday 13 August 2014

Day Eight/Dzień Ósmy Jodhpur


Day Eight/ Km 615/ Jodhpur


Kites over blue city.
According to hindu calendar a day before the full moon in Sharavan month is celebrated as a Day of Sisters and Brothers called here Raksha Badhan. In Indian culture brother and sister is a very broad definition, all your cousins, brothers of your spouse, sister's spouse brothers and sisters are celebrating the day of love and bound between family. To protect your beloved you tie a knot on the wrist of your brother and it is going to protect him.
To memorize this day over the skies of Jodhpur waft a colorful flock of kites. According to colour and shape locals give them names amongst the most common are Pari- Fair, Chanda Tara - Moon and Stars or Tiranga - Three Colours. Since the very dusk young boys climb the rooftop of their houses and let kites to symbolize the eternal love between brothers and sisters...


Megragarh
Already a name of the fort makes us to think about something mighty, powerful, strong, bulky and hefty. Majestic Megragargh rises over blue city skies and protects it from the enemy.
A maze of medieval-like streets and squares leads us to the top of the hill, a pleasant half hour walk takes us to the first gate.  Each step you take remembers the great history and reassures you that it used to be one the the most powerful cities in region. The fort offer an amazing view over the blue cities of Jodhpur, the old town where only the privileged could paint their house blue and the new equally blue town.


While walking through the Megragarh museum I found an amazing collection of Marwara Paintings looking like The Garden of Earthly Delights  and called Garden of Earthly Delight... Why? How? There are a lot of question in my head now. I am definetely going to investigate it closer.










Dzień Ósmy/ Km 615/ Jodhpur 

Latawce nad błękitnym miastem
Zgodnie z hinduskim kalendarzem w dzień poprzedzający pełnię w miesiącu Sharavan świętuje się Dzień Braci i Sióstr zwany Raksha Badhan, mówiąc bracia i siostry nie zapominajmy, że hinduskie rodziny są liczne i przez rodzeństwo rozumie się również kuzynów, rodzeństwo męża, rodzeństwo siostry męża i każdą nawet dziesiąta wodę po kisielu. Aby przypomnieć o miłości do rodzeństwa, ale i obowiązkach wiąże się im na nadgarstku dwukolorowy kłębek a węzeł ma chronić przede wszystkim co złe.
Tego dnia nad Jodhpurem unosi się wiele latawców zwanych tutaj Guddi, a miejscowi odpowiednio do koloru i kształtu nadają im imiona wśród, których najpopularniejsze to  Pari czyli Wróżka, Chanda Tara czyli Księżyc i Gwiazdy czy Tiranga - Trójkolorowy. Od samego świtu chłopcy i mężczyźni wchodzą na dachy błękitnych domów i przy rytmach hipnotycznej muzyki tańczą z wiatrem pozwalając latawcom cały dzień unosić się w cieniu potężnego Fortu Megragarh.
Latawce są ważnym elementem kultury indyjskiej, w czasach średnio służyły nie tylko do przekazywania wiadomości ale również do mierzenia odległości.


Karmienie Orłów w Forcie Megragarh
Wreszcie dotarłem do miejsca, które warte jest mszy. Potężny, majestatyczny, groźny pewnie i trochę bajkowy Fort Megragarh unosi się nad błękitnym, tym razem rzeczywiście błękitnym, Jodhpurem. Brudne, wąskie uliczki miasta o średniowiecznej strukturze prowadzą przesmykami, małymi podwórkami, placykami na wzgórze zamkowe, do wejścia bronią go liczne, do tej pory, niezdobyte bramy. Z góry rozpościera się widok na drobno i chaotycznie utkane ulice i place miasta, błękitne, chaotycznie rozrzucone domy, tworzą perski dywan historii.Sama nazwa fortu przynosi nam już na myśl coś potężnego, każdy krok zdaje się jeszcze o tym przypominać, kolejne bramy, wielkie żeliwne drzwi, armaty są nostalgicznym wspomnieniem czasów wojen i niepokojów, maharadży i najeźdźców.
Od tysiącleci wzgórze, na którym wznosi się fort zamieszkiwały orły, które ciągle unoszą się nad dachami Jodhpuru. Kiedy miasto rozrosło się zwierzęta zniknęły, pewnie część z nich padła łupem głodnych wieśniaków, którzy dopiero ci przybyli do miasta, inne poszukały lepszego miejsca do życia. Orły miały przynosić miastu szczęście i spokój, były wcieleniami zmarłych władców i mędrców, dumnie patrzyły z góry i obserwowały miasto. Maharadża nie mógł pozwolić, żeby i one wyniosły się z miasta, wtedy właśnie to nadał przywilej jeden rodzinie, która mogła karmić orły. Od pokoleń codziennie około trzeciej popołudniu kolejny męski potomek przychodzi karmić orły. Drapieżcy już na godzinę przed zaczynają krążyć nad północno-wschodnim murem, gdy nadchodzi godzina zero karmiciel zaczyna rzucać kawałki mięsa w powietrze a potężne ptaki celnie nurkują po pożywienie rozrywając je na strzępy.

Sunday 10 August 2014

Day Five/ Dzień Piąty -Jaipur



Day Five/Km 303/ Jaipur- the most dirty city in the world?

I must have did it wrong! The Jewel of Rajasthan disappointed me a lot. It was supposed to be amazing Pink City - it was dirty, noisy quasi-city.

I arrived to Jaipur in the rainy evening, it is never in favour of any city, even Venice or Barcelona in rain look as if they just woke up after all night party. The next day in the very morning I went to the Pink City. It was madness, tuk tuk, cars, rickshaws, motorbikes were running around like crazy - we might want to find a different world for traffic to express what happens on the streets in India, constant, unorganized, honking chaos. Either way.
I thought passing the Old City walls will take me to a peaceful and beautiful place, I couldn't be more wrong. I got to this massive bazaar-workshop-like street and it started to rain.
Thanks to God (Vishnu I think) I sheltered in a temple. A monk who was running the temple invited me inside and told me a bit of the story of Jaipur and the temple, he advised not to enter City Palace or Hawa Mahal- I thought he must be wrong, everyone is saying differently. Once it stopped to rain I went to the Hawa Mahal, as fast as I entered I left disappointed, the best was the view over Jaipur urbanistic nightmare. The same happened in City Palace, Monkey Temple or Mantar Jantar.
I am wondering who and how did such an amazing PR?- I will hire you guys.

I left Jaipur for Pushkar the very next morning.




Dzień Piąty/Km 303/ Jaipur czyli najbrudniejsze miasto świata.

Miało być różowe, zabytkowe, turystyczne, piękne, klimatyczne a i niepowtarzalne. Perła Rajhastanu. Kogoś chyba mocno poniosła wyobraźnia ?

Do Jaipuru wjechałem wieczornym pociągiem w strugach deszczu Rano obudził mnie hałas, łoskot, trąbienie i warczenie silników tuktuków i starych, zdezelowanych autobusów. Na zwiedzanie wyruszyłem w towarzystwie dzień wcześniej poznanego Turka z Antalayi. Jak udało nam się dojść do murów starego miasta, po uprzednim niemal-ogłuchnięciu, przekroczyliśmy New Gate z nadzieją na mniejszy ruch i jazgot a może wreszcie coś ładnego. Bzdura! Przemierzając długi niby to targ, niby wielki warsztat samochodowy złapał nas deszcz na szczęście schronienia udzielił nam buddyjski mnich i wspominał, że City Palace - sztandarowy zabytek Różowego Miasta- wygląda tylko ładnie z zewnątrz a w środku nic nie ma, podobnie Hawa Majal. Niedowierzając, po tym jak tylko skończył się deszcz ruszyliśmy dalej. Hawa Majal, jak mówi przewodnik, to pięcokondygnacyjny Pałac Wiatrów i najważniejszy zabytek w mieście. Weszliśmy i wyszliśmy. Gdyby nie widok z najwyższego punktu wieży żałowałbym tych 50 rupi.
Z góry widziałem, że kolejny zabytek czeka na nas za wielką bramą. Po tym jak przemierzyliśmy wielki, zapuszczony plac, gdzie oprócz wysypiska śmieci i pasących się swobodnie krów, owiec, osłów, wesoło biegających prosiaków teren bagnił się, a w oddali widać było rzutko rozrastający się śródmiejski slums. Okazało się, że wejście do City Palace jest droższej kosztuje aż 400 rupi...
Czekało mnie kolejne rozczarowanie. Jak się okazało za chwilę, że oprócz trzech dziedzińców otwartych dla zwiedzających jest tutaj przede wszystkich dużo handlarzy różnej maści, od tych co malują henną, przez sprzedawcy galanterii skórzanej, jedwabie i obrazy. Znów szybko wyszliśmy. Kolejno zawiodły mnie Jantar Mantar czy Świątynia Małp, o której świetnie kiedyś opowiadała na dwójce Krystyna Czubówna.

Z samego rano wyjechałem do Pushkaru.

I powtórzę genialnego Stasiuka:

"Miasta w tej części kontynentu to są wypadki przy pracy, dzieła przypadku i dobrych chęci. Na zdrowy rozum nie powinno ich tu być...Zwłaszcza w krajach, które przypominają ogromne wsie. Wieśniacy nie potrafią budować miast. Wychodzą im totemy jakichś obcych bóstw. Środek jeszcze jako tako zmałpowany, ale przedmieścia wyglądają zawsze jak poroniony przysiółek. Hipertrofia powierzchni magazynowej i stracony smutek. (...) ." 

Wednesday 6 August 2014

Day Four/ Dzień Czwarty



Day 004/ Km 0-303/ New Delhi-Jaipur
Indian trains bring us always the same picture: crowds at the railway station, people hanging from the sides of the train, some of them sitting on the roof. My first experinece is quite different- neat, air-conditioned train left the platform with planned (!) ten minutes delay, half-empty wagon has only five seats in a row. I check my seat number via rail app. Apparently someone was already seating there, he asked me if I can take his place in a different wagon because he is travelling with luggage- probably mine fifteen kilos backpack he doesn't consider as a luggage :)
For the next hour or so the train crossed back of town- poor slums, falling apart house-like structures, semi-wild pigs plunging in dirty street pools, kid playing around, dump, dump, dump, drying colourfull laundry, old ladies wearing sari seating on the bench, dark workshops, small shops and strange looking eatieries...
...a few minutes later train passed a massive construction site of multistorey tower for housing somewhere in the middle of nowhere...

Western people will never understand a nostalgia to old time trains. Only some of them stil runs through Eastern Europe - Poland, Bulgaria, Romania and Ucraine... actually the last one are my favourite. There is always a lady- vagonova- who is taking care of entire wagon, letting you in, giving clean sheets to sleep, waking up when arriving to the  final destination, bringing tea and coffe. As time passes they strating to extint. Soon they will be a relict of the past, like tramways in Milan or Lisboa.
Trains in Germany, England or France became a fast way of transport, they have lost all the old times charm. Impecable railwaystation, everything booked online or in a ticket machine. Of course, I understand that they need to reflect nowadays condtitions, but I will miss the old times trains.



Dzień 004/ Km 0-303/ Delhi-Jaipur

Nie taki diabeł straszny jak go malują. Wszyscy znamy, chociażby z fotografii, pociągi w Indiach, ludzi upchanych nie tyle co wewnątrz, co wiszących po bokach, uwiązanych do tyłu ostatniego wagonu czy siedzących na dachu, znajdujemy w głowie obrazy zwierząt podróżujących razem z ludźmi, jakieś gdakające kury, kozy, koniecznie kozy, może ze dwie kaczki albo chociaż jakaś perliczka czy indor. Zdarzyły mi się jedynie dzielić marszrutkę na Ukrainie i kilka gwatemalskich chickenbusów  z całym zwierzyńcem, tutaj, póki co, nie wydaje się to powszechne.
Obyło się bez większych przeszkód. Bilet zakupiony przez andoridową aplikację ma być wystarczający. Stacja, dworzec nie-główny, ale taka Łódź Chojny, Warszawa Wschodnia czy Wrocław Mikołajów senny, zadziwiająco spokojny, kilka budek z jedzeniem i brudne toalety. Drzwi do pociągu szczelnie zamknięte, bo klimatyzacja ma umożliwić pięciogodzinną podróż, konduktorzy uprzejmi, pomocni, gniazdka elektryczne, lampki, rozkładany stolik. Ciekawe jak wygląda pierwsza klasa?
Pociągiem jadę do Jaipuru zwanego różowym miastem, przede mną pięć godzin podróży przez nowe krajobrazy.
Mam jakiś ogromny sentyment do jazdy pociągiem, mimo że czasami trwa to dłużej niż powinno. Zabiera on nas w niedostępne zakątki pejzażu, mostami przekracza rozlewiska i rzeki, łukiem omija tu i ówdzie rozsiane wsie, stuka, puka, gwiżdże, szeleści. Chętnie czekam wybieram się na przejażdżkę Chopinem, Kościuszko, Wrocławianinem czy Tatrami.
Opóźniony pociąg nieśpiesznie przyjechał przez zatłoczone przedmieścia, biedne slumsy rozpadających się domów, wolno biegających półdzikich świń, dzieci grających w piłkę, krykieta, wysypisk śmieci i schnącego prania.
Opóźniony pociąg przyjechał do Jaipuru, gdzie czekała na mnie szóstka naciągaczy i każdy z mojego hotelu, któremu to wierzyć, na schodach policja zgarnęła już trzech, kolejny chciał mnie zabrać na wycieczkę, dwóch innych się zniechęciło, właściwy czekał na zewnątrz, ale skąd wiadomo, że to właściwy, już chciał mi plecak ładować do bagażnika, ale szybko wziąłem bagaż na tylne siedzenie. Zaczęło nieśmiało dżdżyć.

Tuesday 5 August 2014

Day Three/ Dzień Trzeci



I remember getting for the first time to Haifa in Israel, it was really hard to manage with all the heat, strange language and alphabet, my credit card was not working either, I needed a few days to put myself on a proper track and plug in. This time it seems to be easier.
Each Great City has or had it's market. Apparently most developed countries got rid of their market replacing it by shopping malls, outlets, etc. Great cities of developing world still have their booming and vibrant markets, if you just walk around istanbuli Gran Bazar, mexican La Merced or Chandi Chowk you will find yourself in a parallel reality.
Chandi Chowk flows a river of people, rickshaws, tuk-tuks, horses, porters... old tables bend under the weight of colourful silks, polyesters, a homeless sleeps in a muddy gutter, a step ahead some is selling a grilled corn, there is small mosque and a bigger shrine with a beautiful plaza, where you have to take your shoes off to not offend Allah, some is scamming you, other vendor is trying, and selling you, some  dates, cucuma, nuts, dried fruits, tea from Assam,a  five year old girl carrying a few months old baby is begging for money, a hindu temple, a lady in sari stepping out of her new SUV, few young guys cooking rice on the street, more beggars. Complete chaos.


Poverty is very photogenic.
It isn't for me anymore. Living in a third world country as Mexico, I tried to understand people living in slums and investigate reasons, well it wasn’t that strange there. Maybe one day I'll try to find some solutions. How to accelerate de-slumming of megalopolis? What are the triggers?
Finally a slum is just a state, which is going to change in a regular, healthy part of any city, just look at Ciudad Neza in Mexico which by many, how haven't been there, is consider a slum. Once there are all city services and public transport there are rapidly changing and reacting to a new situation, becoming safe and better place to live. Watching poverty as a curiosity, taking picture of slums I found pretty annoying








Dzień Trzeci/ Km 0/ Old Delhi


Każde wielkie miasto ma lub miało swój wielki bazar. Wydaje się, że to zanikanie handlu nieformalnego jest znakiem "cywilizowania się". Bazary, targi, rynki o których pisze świetnie Aleksandra Wasikowska w książce Architektura Cienia, zniknęły już właściwie z mapy Europy. Nasz, Stadion Dziesięciolecia, zastąpiły galerie i centra handlowe, outlety, Marki, Raszyn, Tuszyn. Wielkie Miasta rosnącego świata ciągle mają swoje bazary- Grand Bazar w Istanbule, La Merced w Meksyku czy Chandi Chowk w Delhi. Osieroceni, w podróży, zawsze z przyjemnością wracamy na targi, aby poczuć ten kilmat, potargować się, powąchać nieznanych przypraw, dotknąć jedwabnych materiałów z dalekich krajów. 

Chandi Chowk płynie powolną lecz burzliwą rzeką ludzi, rikszy, tuk-tuków, koni, wołów, tragarzy. Zniszczone stoły uginają się pod wielobarwnymi szpulami jedwabi, poliestrów, obok w rynsztoku śpią bezdomni, krok dalej ktoś sprzedaje grillowane kukurydze, jeszcze dalej mały meczet i świątynia, gdzie musisz zdjąć buty i okryć ramiona, obok rozkopy, ktoś inny naciąga Cię na niepotrzebne rzeczy, dalej pistacje, daktyle, żółta kurkuma, czarna herbata z Assamu, kilka walczących bezdomnych psów, znów sklep cynamonowy, pięciolatka ze swoim rocznym bratem na rękach żebrająca o pieniądze, pani w sari w wielkich okularach z ogromnym napisem Prada wysiada ze swojego SUV-a, świątynia hinduistyczna, ktoś chce zrobić sobie z tobą zdjęcie, ktoś sprzedaje mango lassi na ulicy, dorabia klucze, grupa młodych tragarzy gotuje ryż. Chaos. Skusiły mnie nerkowce i daktyle.

Delhi to miejsce gdzie świetnie współżyją ze sobą dwie wielkie religie świata- monoteistyczny islam odłamu sunnickiego oraz hinduizm. Hinduzim jest wszechobecny w życiu jego wyznawców, religia jest ważną i nieodłączną częścią życia, natomiast islam szuka miejsca dla swoich wyznawców, tak powstały wielkie i piękne świątynie- tu w Delhi Nizamuddin Darah oraz Jama Masjid. Wejście do meczetu czy na teren świątynny zaczynamy zawsze od zdjęcia butów, które w islamie uważa się za brudne i niegodne do stanięcia do modlitwy przed obliczem Allaha. Jama Masjid, zbudowana z czerwonego kamienia, dumnie wynosi się nad miastem zaznaczając obecność islamu w mieście, widać ją nawet zza wysokich murów Lal Quila'y ( Czerwonego Fortu). Zbudowana jeszcze w czasach cesarza Shah Jahana w połowie XVII wieku jest największą świątynią muzułmańską w kraju, tysiące wiernych zbierają się tutaj by uczcić początek i koniec Ramadanu.



Italians in the mosque/ Włoszki w meczecie.

Monday 4 August 2014

Day Two/Dzień Drugi


Day Two/ Km 0/ New Delhi

The post is as messy as New Delhi.
I woke up in the morning and it was still hot, boiling, steamy- I believe I need to get used to that.
It is messy! My fellow colleagues-urban planner- never designed sidewalks? Or they have been taken by Indian people? I am lost, really lost in this country, everything works differently, the cars goes on the opposite direction, I couldn't buy favourite mango juice- it looked to dirty, they are speaking funny english, they count in hundreds-one hundred already sounds expensive, doesn't it? - distances are massive and , you walk and walk and walk... On the other hand it is everything I was expecting: cultural shock, unknown, strange, hard to understand, funny... I am trying to get a phone number (awaiting the telephone to my hostel to prove I don't know what), train tickets (for this I need a phone number), my card to work... I am afraid to eat on the streets (it looks much more dirty than in Mexico or I am a pussy). It is cheap.

I visited great but not-mindblowing Humayun's Tomb, I pass by the only official Delhi tourist information and they told me that there is not much to see in Delhi, that this three days I planned is way too much. They normally say it is not enough...

I took my first tuk-tuk, and as I was imaging you have to bargain a lot, cut the price at least in half. Tuk-tuks are the small motorbike with seats for three people, they go faster than you expect, can slip in the traffic, they are cheap...

Someone told me to buy Indian clothes to merge with the crowd, of course it is impossible... I am too tall- once again - too white, my hair is too blond, I walk too strange, I have a red backpack, and I use map... Maybe I am less visible here than in Guatemala, but still I am flashing around.
And nodding is different, in Europe we nod for left to right to say no, and up and down to say yes, here the nod left-down, right-down to say yes. It was confusing at the very beginning because  I thought  they are not answering me-just moving their head...


Now I'll try to put everything in any order :)


and follow me on instagram 


http://instagram.com/adi_ponton





Dzień Drugi/Km 0/Delhi


Chciałbym pisać jak Herbert w Podróżach z Barbarzyńcą, trafnie odnajdywać przymiotniki, szukać dziejących się czasowników i mistrzowsko żonglować rzeczownikami... Panu od Cogito nisko chylę czoło, aż spada kapelusz.

Na początku był chaos i w Indiach na chaosie się skończyło. Wszystko jest nie tak jak powinno, nie ma chodników, samochody, riksze, autobusy wybrały brytyjski kierunek poruszania się po drodze, jakoś inaczej kiwa się głową na tak i na nie, podobno mówi się tutaj po angielsku, ale nawet Vicky Pollard (z Little Britain) mówi wyraźniej, biurokracja osiągnęła tu chyba najwyższy stopień rozwoju, dzięki czemu moje członkostwo w Polsko-Indyjskiej Fundacji na rzecz Architektury i Archeologii przyniosło już pierwsze plony.  

Próbuję otrzymać numer telefonu (ale to procedura przynajmniej dwu dniowa), kupić bilet na pociąg (tu potrzebuję numeru telefonu), odczarować niedziałającą kartę, znieść skwar i ukrop lejący się z nieba, ogarnąć metro, tuk-tuki, dziwny nieangielski i pikantne jedzenie, chyba na jakiś czas zostanę wegetarianinem.

Opowiem jeszcze o tuk-tukach, bo to kuriozum, które zasłużyło sobie już dawno na uwagę. Trójkołowa konstrukcja oparta na motorze zaskakuje sprawnością, szybkością i ceną, kierowcy, najczęściej bosi, nonszelancko prowadzą swoje maszyny używając prawej ręki, trzymając jedną nogę zaraz obok kierownicy. Motomaszyny są żółtozielone i mogą pomieścić przynajmniej trzech otyłych pasażerów lub jednego białasa z wielkim plecakiem. Kierowcy zapraszają nas do aktywnego udziału w negocjacjach cenowych, nietargowanie jest nie tyle głupotą co obrazą dla motorniczego. Taki tuk-tuk wciśnie się przez najmniejsze ucho igielne, wymija jak Kubica a zakręty zbiera jak Hołowczyc w Dakarze.

Mam nadzieję, że niebawem podam instrukcje jak i co jeść, pociągowe- bo to zanosi się na długi i trudny temat potem o wszystkim innym czego nie rozumiem, a zrozumiałem, bo jak pisała Maria Janion- jak czegoś nierozumiem, piszę książkę, a potem jest już wszystko jasne. 

Zapraszam do czytania jutro, idę do Czerwonego Fortu i kilku muzeów.


Nie napisałem, że dziś byłem w Zespole Grobowców Humayun i w świątyni naprzeciwko. Chyba zrobiło to na mnie mniejsze wrażenie niż samo miasto i wszystko dookoła.


szukajcie mnie na instagramie : http://instagram.com/adi_ponton






Day One/Dzień Pierwszy

Day 001/Km 0/ Delhi
There are still too many to be told... I left my soul in Mexico, but now I am heading new adventure: Asia! I've been to Israel for a few months, to Turkey a few times, but now it is time to plunge in Asia. I am staring in India! The country I have always dreamt to go. Is it Incredible India? I hope.

I arrived to steamy and hot Delhi on Sunday night, Lufthansa as always arrives on time, not even a minute later, I took the recommended Meru Taxi, bit expensive, but in the times of modern liquidity we all think about safety as a priority. The taxi driver of course got lost, I was going to guide him, as you do in Mexico, but he got kind of offended so I let him go his way. When I got to the hotel they got a blackout. Great-I though- I am going to dark house in the middle of unknown megacity. Am I really that silly? Of course the AC was off (it was like 32 ºC), my credit card due to it modernity was not working, apparently only magnetic strip card are working in India, and it was hot, I was melting down. Fortunately in the middle of the night the electricity got back, it got chillier and I could finally rest.

Dzień Pierwszy/Km 0/Delhi

Meksykańskie historie muszą poczekać na swoją kolej, kiedyś do nich jeszcze wrócę. Teraz witaj przygodo: jadę do Azji. Kolejna wycieczka ma potrwać prawie pięć miesięcy zaczynam w Indiach a potem Nepal, Sri Lanka, Tajlandia... Byłem już wcześniej w Azji, ale Turcja czy Izrael tak naprawdę leżą na granicy dwóch cywilizacji wschodniej i zachodniej, więc nie można na nich bazować swojej wiedzy o tym kontynencie. Do grudnia będę zgłębiać kulturę, tradycję, przesądy Azjatów, starał się zmienić stereotypy, nauczyć rozróżniać się Wietnamczyka od Laosanina, jeść dużo ryżu najpierw prawą ręką a potem już pałeczkami, ćwiczyć jogę i pewnie wiele więcej, a wszystko wyjdzie w praniu.

Do Delhi przyleciałem z Lufthansą i jak zwykle punktualnie i niezawodnie, podobno prawie tak jak przedwojenne pociągi. Już na lotnisku okazało się, że WBK wydaje karty dolarowe, które niekoniecznie działają zagranicą i chyba przeliczają wszystko na złotówki (rupie-dolary-złotówki-dolary), ale to chyba nie może być prawda?! A potem już było tylko gorąco i parno, parno i gorąco. Przepłaciłem za poleconą wcześniej Meru Taxi, ale czego nie robi się dla bezpieczeństwa w czasach płynnej nowoczesności (?) i dotarłem klucząc gdzieś po ciemnych ulicach Delhi do Moustage Hostel. Po drodze napotkaliśmy na ogromny ruch, setki obładowanych po dachy ciężarówek przemierzało zatłoczoną obwodnicę miasta. Czemu?  Nie zdziwiło mnie, że nie było prądu, nie tyle co w moim hostelu co w całej okolicy. Do północy topiłem się w moim hotelowym łóżku przy trzydziestu stopniach. Na szczęście prąd wrócił, głośny kilmatyzator zawył i odrazu zrobiło się chłodniej. Nowy dzień nie przyniósł wiele niespodzianek.